Reklama

Od ścierniska do osiedla [Piszemy historię Osiedla Tysiąclecia]

Pierwszy blok powstał pod koniec lat 60. Do 1989 roku wybudowano ich ponad 100. Wraz z blokami pojawili się ludzie. Kilkanaście tysięcy nowych mieszkańców. Osiedle Tysiąclecia to od dawna centrum Radomska. A jednak - bez swojej historii. Ma ją, ale nikt jej jeszcze nie opisał

 

Bloki, bloki, bloki. Jak okiem sięgnąć. A jeszcze niecałe 50 lat temu nie było tu nic. Dosłownie. Ci, którzy się tu sprowadzili, pamiętają jak powstawało największe w Radomsku osiedle. Z niczego.
Wydaje się, że zawsze tak wyglądało. Mieszka tu najwięcej radomszczan, bo dzielnica jest najbardziej „zablokowiona”. Na zdjęciach, które mieszkańcy mają w swoich albumach widać, że były tu pola i łąki. Prosimy, by wyciągnęli nieco zakurzone fotografie, a potem opowiedzieli nam historie, które na nich uwieczniono.

To był radomszczański boom gospodarczy
Kiedyś teren obecnej dzielnicy Tysiąclecia to były pola, które ciągnęły się aż do Strzałkowa. Zaczynały się od dzisiejszego skrzyżowania Piastowskiej z Tysiąclecia. Sucha Wieś była dosłownie wsią, dzisiaj wciągniętą w administracyjne granice miasta. Budowa kolejnych fabryk spowodowała, że potrzeba było coraz więcej rąk do pracy. Na początku przywożono ludzi z pobliskich i tych nieco dalej położonych miejscowości. Było ich wciąż za mało, więc zdecydowano: budujemy dla nich bloki. To nie mogło skończyć się inaczej.

Reklama

Miasto kończyło się właściwie na Starym Cmentarzu. Wkrótce pojawiły się pierwsze bloki. Kamień węgielny pod budowę osiedla położono pod koniec lat 60. Budowa ruszyła. Tempo było tak wielkie, że w pierwszej połowie lat 70, powstawał jeden nowy blok co dwa miesiące. Grzybek (zburzona niedawno wieża ciśnień) wybudowano w 1975 roku.

- Wówczas górował nad łąkami i polami - wspomina pani Halina, jedna z pierwszych mieszkanek osiedla. Stare fotografie są realnym świadectwem historii. Można zobaczyć je w Internecie, były też prezentowane w Muzeum Regionalnym. Niecenione są te z prywatnych zbiorów. Na jednych widać już istniejące bloki gdzieś pośrodku pól uprawnych. Na innym zaplecze pracowników budowlanych, tzw. baraki. Stoją do dziś i jak każda prowizorka trwają. Są i takie, na których uwieczniono stare drewniane chatki, o których dzisiaj już nikt nie pamięta. Bo w ten wiejski pejzaż z impetem w latach 70. wkroczyły domy z betonu. A właściwie z wielkiej płyty.

Reklama

- Pierwsze bloki powstały na ulicy Piastowskiej, to były numery od 2 do 8 - opowiada pani Halina - To była końcówka lat 60. Jednocześnie przy blokach wybudowano obiekty handlowo-usługowe. Nie było nawet problemu z zaopatrzeniem - dodaje.

- Księżycowy krajobraz - tak pamięta tamte lata napływowa radomszczanka. - Wokół nowych bloków glina, błoto i pustka. Bez dzisiejszych skwerów, placów zabaw, chodników, sklepów - wylicza. - Przystanki autobusowe były na Leszka Czarnego i jak się tu szło do bloków, to jeszcze do 11 (nr klatki) to jakiś chodnik był. Ale od 11 do 13 to się tonęło w błocie. A tam gdzie teraz Biedronka były łąki.

Własne M to społeczny awans
Dla wielu ludzi, mieszkańców wsi, przeprowadzka do miasta to był społeczny awans. Chcieli wyrwać się z wiosek, które wówczas nie dawały w ich pojęciu żadnych perspektyw życiowych. Po reformie rolnej na skrawku ziemi gospodarować miała cała rodzina, z dziadkami i rodzicami, a młodzi chcieli się dorobić. W mieście była praca i żyło się łatwiej. Władze w Warszawie podjęły decyzję o uprzemysłowieniu Radomska. Rozpoczęto budowę Mostostalu, Bacutilu, Mleczarni, rozbudowę Fabryki Maszyn, Famegu, Metalurgii (wtedy zakład nosił nazwę „Komuny Paryskiej”).

Reklama

Pani Halina z mężem wprowadzili się do pierwszego bloku z płyty przy ul. Piastowskiej 9.

- To było w 1972 roku. Najpierw miałem dostać mieszkanie na Tysiąclecia 11, ale tak się jakoś zrobiło. Mieszkanie dostałem z Komuny Paryskiej. To był jeden z największych zakładów w mieście. Miałem książeczkę mieszkaniową, ale za mało było na niej pieniędzy. Bo wkład wynosił 42 tys. zł. Na szczęście dostałem z zakładu pożyczkę - mówi pan Zbigniew.

Pożyczka na mieszkanie oznaczała, że trzeba było w zakładzie przepracować pięć lat. To jednak nie pieniądze były największym problemem, choć to była suma niebagatelna, 20 ówczesnych pensji. A przecież trzeba było jeszcze za coś żyć. Wyzwaniem był czas oczekiwania na przydział mieszkania. Nie obowiązywały żadne reguły. Decydowali ludzie, znajomości, dojścia.

Reklama

- Znaczenie miało czy należy się do partii (Polskie Zjednoczonej Partii Robotniczej, PZPR - przyp. red.), ale także stan cywilny. W pierwszej kolejności bowiem brano pod uwagę młode małżeństwa - mówi pan Marian. - Wiedziałem, że szykuje się jakaś pula mieszkań, no to od razu uderzyłem do kadr. A tam mi mówią, że najpierw to rodziny z małymi dziećmi, a przynajmniej małżeństwa. No to już nie miałem na co czekać, tylko szybko ślub i już! - śmieje się. Mieszkanie dostał. Fakt, nie tak szybko, jak na to liczył, bo dopiero po trzech latach. Inni czekali dłużej.

- Gdyby nie to, że co rusz chodziłam do prezesa spółdzielni, to miałabym w końcu figę z makiem. Miał mnie chyba dość i dostałam przydział. Nie tam gdzie marzyłam, ale ja już wtedy nie wybrzydzałam. Dostałam po d…. przez te wszystkie lata wynajmu, pałętania się, bez własnego dachu nad głową - opowiada pani Krystyna i nawet teraz wydaje się wzburzona.

Reklama

Rodzice pani Jadwigi mieli wpłacone na całe M-3. I czekali na nie latami. Ona zdążyła w tym czasie wyjść za mąż i urodzić dzieci. I cały czas gnieździli się z mężem i dziećmi w małym domku z jednym pokojem i kuchnią u jej rodziców na Kowalowcu. Wtedy ktoś jej podpowiedział, że jeśli do tej książeczki zrobi dopłatę do większego metrażu, to mieszkanie dostanie wcześniej. I tak zrobiła. - Pobrałam trochę pożyczki, bo mieliśmy wpłacone 19 tys. zł, a trzeba było dopłacić do 42 tys. Ale jak dopłaciliśmy, to już nie czekaliśmy długo, może rok, półtora…

Trochę jak w Alternatywach
Do wymarzonych i wyczekanych mieszkań zaczęli wprowadzać się pierwsi lokatorzy. Pod bloki, po błocie, podjeżdżały samochody z meblami, walizami, torbami. To był luksus. Nie każdy bowiem dysponował samochodem. Bywało, że własne rzeczy przewożono konnymi wozami, motocyklami i rowerami. Na klatkach schodowych panował harmider. Słychać było pierwsze odgłosy uderzenia młotków i wiertarek. Trzeba się było urządzić.

Reklama

- Dostałem mieszkanie M-4, w stanie surowym, ale nie do końca. Bo na podłodze była mozaika parkietowa. Ściany były betonowe, bez tynku. No a w łazience lastrico. I zanim się wprowadziliśmy, to jeszcze sporo roboty było - opowiada pan Zbigniew.

- Ściany były wytynkowane i tylko zabielone. Parkiet był, ale niepolakierowany. To trzeba było wszystko robić - tak pamięta początki pani Jadwiga.

Pierwsi mieszkańcy osiedla pamiętają, że farby do malowania ścian kupowało się u pani Paplickiej, w mieście. Bo z osiedla szło się „do miasta”, czyli na Krakowską, Reymonta, i Żeromskiego. - Gdzieś na Krakowskiej ten sklep miała pani Paplicka - wyłuskuje z pamięci pani Krystyna. Zwyczajem było „oblewanie” mieszkania, na szczęście. Taka ówczesna parapetówka. Domowa impreza, na którą zapraszano rodzinę, znajomych i sąsiadów. - To był Popielec i imieniny mojej mamy, gdy wzięłam córki i przyjechałam na nowe, bo tu robili mój mąż i brat. Przywiozłam śledzi i ugotowałam ziemniaków, żeby chłopom dać obiad. Tak sobie siedzieliśmy, gadaliśmy. Przychodzi wieczór, a moje dziewczynki mówią, że one już nie wracają. Mój tata wtedy przywiózł motorkiem z Kowalowca jakieś pierzyny, poduszki i tak się przeprowadziliśmy - śmieje się pani Jadwiga.

Reklama

Działo się. Wszyscy zapracowani, bo sporo po fachowcach budujących bloki było do poprawienia, ale trzeba poznać się z sąsiadami. - Szybko zaczęły się zawiązywać takie nasze klatkowe przyjaźnie. Wszystkie miałyśmy małe dzieci. Prawie wszyscy się znali. Mój mąż i brat, jak tu skończyli remontować, to jeszcze dwa kolejne mieszkania zrobili, a bo to jakiś znajomy, a to ktoś poprosił. I na tej zasadzie ludzie się poznawali - wspomina pani Jadwiga.

Ludzie na dorobku decydowali się na dzieci, coraz więcej ich było przed blokami. Władza zdecydowała, że potrzebna szkoła i przedszkole. Najpierw dzieci pani Krystyny chodziły do szkół położonych w centrum miasta, na przykład do Dwójki przy Piłsudskiego, wtedy Waryńskiego. Gdy tylko szkoła na Tysiącleciu była gotowa (otwarto ją w 1982 roku), szybko je przeniosła. Nie było jeszcze „różowego” kościoła, mieszkańcy chodzili na msze do małego drewnianego w centrum.

Reklama

Mijały lata, a na osiedlu pojawiły się drzewa, chodniki, autobusy. Osiedle rozrastało się w kierunku Suchej Wsi. Tysiąclecie dzieli się na cztery mniejsze części: Tysiąclecie Wschód, Zachód, Osiedle Jagiellońskie i Osiedle Piastowskie. Granice osiedla wyznaczają ulice: Jagiellońska, Świętej Jadwigi Królowej, Starowiejska, Armii Krajowej, Tysiąclecia i Prymasa Wyszyńskiego. W blokach z dużej płyty zamieszkuje nadal spora grupa pierwszych lokatorów, którzy zasiedlali ten obszar miasta, jak pionierzy na Dzikim Zachodzie. I patrząc na dzisiejszy wygląd osiedla, sami nie mogą uwierzyć, że kiedyś tu było ściernisko.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości