Reklama

Ja, Ukrainka, wolę być radomszczanką

Lekarz, psycholog, policjant, prokurator, nawet kapitan wielkiego okrętu w Odessie. Stają każdego dnia przy taśmie w Radomsku, skręcają pralki i lodówki, układają towar na półkach, podają gościom dania, siedzą na kasie, sprzątają w hotelu. Dla wielu wybór jest prosty: wegetacja na Ukrainie albo normalne życie w Radomsku. Sami oceniają, że jest ich w naszym powiecie już około 10 tysięcy

Jeszcze dwa, trzy lata temu do Radomska z Ukrainy przyjeżdżali przede wszystkim młodzi mężczyźni. Brali po dwie zmiany, żeby zarobić jak najwięcej i jak najszybciej. Wracali z fabryki na kwaterę, jedli i kładli się spać. A potem znowu do roboty.
Dzisiaj podchodzą do swojej obecności w mieście inaczej. To już nie tylko praca. I nie tylko mężczyźni. Każdego dnia na radomszczańskich ulicach mijamy coraz więcej ukraińskich rodzin. I pewnie nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Jak oceniają sami Ukraińcy, w Radomsku i powiecie jest ich już ok. 10 tysięcy. Plus minus tysiąc. To ponad 20 procent mieszkańców. Trudno uwierzyć?
Jedni spędzą tu raptem kilka miesięcy, inni będą chcieli zostać na stałe.
Tak jak Alina, która na spotkanie przychodzi ze swoją kilkuletnią córką Wiktorią (imiona zostały zmienione). Jej mąż jest teraz w pracy. Dzięki temu, że są razem, mogą opiekować się dzieckiem na zmianę.
Dziewczynka z początku trochę się wstydzi. Woli zabawki od rozmowy z dorosłymi. Na pytanie, jak czuje się w przedszkolu, odpowiada po polsku, że bardzo dobrze. A potem szepcze coś na ucho mamie. Po ukraińsku.
To przedszkole to był chyba największy dotąd problem, jaki Alina i jej mąż w Radomsku napotkali. Nie rozumieją dlaczego. Zwłaszcza, że od razu szukali miejsca w prywatnym. Nie spodziewali się, że zostaną tak potraktowani, bo wszystko zostało wcześniej uzgodnione. Przez telefon właścicielka chętnie zgodziła się przyjąć Wiktorię. Kiedy jednak pojawili się w przedszkolu, usłyszeli, że są jakieś formalne przeszkody, że trzeba sprawdzić jakieś przepisy, i że w tej sytuacji to chwilę potrwa. Nie wiadomo, jak długą chwilę.
Prywatnych przedszkoli w Radomsku jest więcej. W kolejnym nikt o przepisach nawet nie wspomniał. Zapytano tylko, jak u Wiktorii z językiem polskim. - Mówi świetnie, choć kiedy ktoś mówi do niej zbyt szybko, nie wszystko rozumie - mówi Alina. - Wystarczy poprosić, żeby powtórzono to wolniej. Zresztą, dzieci nie tworzą niepotrzebnych barier. Wiktoria szybko została zaakceptowana przez rówieśników. Od razu wspólnie się bawili.
Alina dodaje, że także rodzice innych dzieci nigdy nie dali odczuć, że mała Ukrainka w ich przedszkolu im przeszkadza. - To dla nich kolejne dziecko i tyle. Po prostu.

Reklama

Ukraina? Inny świat
Po prostu. Ten zwrot w naszej rozmowie pojawi się jeszcze wiele razy. Dla Aliny wybór był prosty: wegetacja na Ukrainie albo normalne życie w Radomsku. Dlaczego tutaj? Bo jest podobne do jej rodzinnego miasta, bo wszędzie blisko, jest spokojnie i miło, bo jej się tu podoba. Bo są tu wreszcie całą rodziną. Po prostu.
Najpierw była to typowa emigracja zarobkowa. Pierwszy wyjechał mąż. Do Warszawy. Starszy syn się już prawie usamodzielnił. Także jest w Radomsku. Mieszka z dziewczyną. Niedawno kupił samochód. Na Ukrainie nie byłoby go na niego stać.
- Wiktoria rosła, ale wychowywała się bez ojca. To nie jest ani normalne, ani zdrowe. Trzeba było szybko zdecydować co dalej. Mąż znalazł pracę w Radomsku, okazało się, że ja również nie będę miała z tym problemu. Teraz jesteśmy znowu razem. Rodziną - Alina wyraźnie się uśmiecha. Chyba z ulgą. I dodaje, że za Ukrainą nie tęsknią. - Nawet córka, kiedy musieliśmy tam pojechać, żeby załatwić różne potrzebne papiery, kiedy wsiadała do autobusu, powiedziała: dzięki Bogu jedziemy już do domu.
A kiedy byliśmy już w Radomsku i położyła się do swojego łóżeczka, przytuliła do swojej ukochanej podusi, powtórzyła: nareszcie jesteśmy w domu.
Kiedy pytam, jak żyje się na Ukrainie, pani Alina po krótkiej chwili odpowiada: to zupełnie inny świat, Ukraina jest 100 lat za Polską. Ukraińców w Polsce dziwi praktycznie wszystko. Tam nie ma takich fabryk jak tutaj. Trzeba się wszystkiego nauczyć, wszystko jest nowe.
- I pewnie dlatego wielu Ukraińców jest złych, że tu mają tylko pięć minut przerwy na papierosa, że się od nich wymaga, że trzeba ciężko pracować. Tam mogli siedzieć i palić. W Polsce nikt im na to nie pozwoli. Może także dlatego niektórzy Polacy sądzą, że Ukraińcom nie chce się pracować. To nieprawda. Potrafimy ciężko pracować. Zresztą… ostatnio w moim zakładzie potrzebnych było 60 osób. Wśród kandydatów było chyba 12 Polaków, reszta to Ukraińcy. Na szkolenie przed przystąpieniem do pracy przyszli już tylko Ukraińcy.
Alina i jej bliscy mają już spore grono zaprzyjaźnionych radomszczan. Spotykają się. A ona nigdy nie przychodzi z pustymi rękami. Czasem te biesiady trwają do późnego wieczora. Mogą rozmawiać o wszystkim. Także o tym, że ostatnio do Radomska przyjechał Ukrainiec, którego wszyscy się bali. Był agresywny, okradł Ukraińców, z którymi mieszkał. Trzeba było wzywać policję.
- My w ogóle jesteśmy dość mocno kontrolowani przez policję, wielu policjantów znamy z imienia - mówi Alina. - Mieszkańcom może się wydawać, że taki patrol przyjeżdża, żeby zaprowadzić porządek. Są i takie sytuacje. Przecież ludzie są różni. Zdarza się, że ktoś wypije o jedno piwo za dużo. Jednak 90 procent tych wizyt to wizyty kontrolne. Policja ma obowiązek sprawdzać czy Ukrainiec, który dostał czasowe prawo pobytu, rzeczywiście w danym miejscu przebywa. I robi o różnych porach, również w nocy. Taka procedura.

Z daleka od polityki
- Baliśmy się, że spotkamy się tutaj z niechęcią. Przede wszystkim z powodu historii i polityki, które są przez nasze kraje uprawiane. Wciąż gdzieś taka obawa w nas tkwi, ale jak do tej pory, ja osobiście nie spotkałam się z wyraźną niechęcią wobec Ukraińców. No, może jedna pani w zakładzie, w którym pracuję, patrzyła na nas trochę krzywym okiem. A potem nasza opiekunka, osoba, która załatwia dla nas sprawy firmowe i urzędowe, powiedziała jej, że jest z pochodzenia Polką, mieszkała we Lwowie, a teraz stara się o polskie obywatelstwo, i widać było jak uchodzi z niej ciśnienie. I na nas także zaczęła patrzeć lepiej.
Alina mówi, że temat rzezi na Wołyniu czy Stiepana Bandery musiał się pojawić. - Człowiek, który pracował ze mną na tym samym stanowisku, zapytał mnie kiedyś, co sądzę o naszej historii, jak patrzę na tamte wydarzenia. Choćby przez film „Wołyń”. Odpowiedziałam, że przecież my nie jesteśmy w stanie zmienić tego, co było. A dzisiaj stoimy koło siebie, pracujemy razem, i możemy tworzyć zupełnie inną, nową, lepszą historię. Więcej do tego nie wracaliśmy. Rozmawiamy jak koledzy z pracy, na różne tematy.
Alina stara się o roczną wizę. To bardzo ważne, żeby myśleć o stałym pobycie. Taki jest plan tej rodziny. Nie mają do czego wracać i nie chcą. - Pieniądze, które tutaj zarabiamy, są nie do pomyślenia na Ukrainie. Poza tym, nawet jeśli się je już tam ma, największym problemem jest wszechobecna korupcja. Te wszystkie opowieści przedstawiane przez Polaków są prawdziwe. Można je spokojnie pomnożyć nie razy dziesięć, ale nawet sto albo tysiąc. Tam niczego nie załatwi się bez łapówki. Każdy papierek, głupie skierowanie na badanie krwi, każda decyzja, aż po pozwolenie na przejęcie dużego biznesu, wszystko kosztuje. Taka jest mentalność. Jak pracujesz w urzędzie, szybko uczysz się tego od innych. Nawet jeśli już dałeś łapówkę, często okazuje się, że konieczna jest kolejna. A ukraińska policja to już prawdziwe legendy. Trudno uwierzyć, że można tam przeżyć za emeryturę, która po 30 latach pracy wynosi na polskie 320 zł. A musisz wiedzieć, że czekolada, która w Polsce kosztuje w sklepie 1,60, na Ukrainie kosztuje 20 zł. Wyobrażasz to sobie? Ludzie funkcjonują tam jeszcze tylko dlatego, że praktycznie każda rodzina ma kogoś za granicą, kto pracuje i przysyła pieniądze. Dlatego my jesteśmy tutaj. My też mamy prawo żyć jak ludzie.
Alina z rozbrajającą szczerością mówi, że Ukraińcy się nie zmienią. Tacy już są i taką właśnie mają mentalność. Dopiero kiedy przyjeżdżają do Polski, do Radomska, widzą, że można inaczej. Tutaj zostawiają ZSRR za sobą. - Problemem jest też to, że na Ukrainie mówi się w kilku językach. Trudno ludziom się skonsolidować. Kiedy zapytasz Polaka w Katowicach i Polaka w Gdańsku o Piłsudskiego, usłyszysz to samo. Kiedy na jednym końcu Ukrainy zapytasz o Szuchewycza, a potem zadasz to samo pytanie na drugim, okaże się, że było dwóch Szuchewyczów, całkiem różnych. Do tego dochodzą lata trudnej, tragicznej historii. Choćby wielki głód. Widać to nawet dzisiaj. Przyjrzyj się Ukraińcom robiącym zakupy w Biedronce. Zobaczysz, że są tacy, którzy kupują bochenek chleba, najtańsze parówki i najtańszą pasztetową. Jakąś mortadelę, która z mięsem ma niewiele wspólnego. Oby jak najtaniej. Ci są tu od niedawna. Tkwi w nich ta dziwna obawa. Nie potrafią się tego pozbyć, przynajmniej na początku. Ci, którzy są tu dłużej, nie kierują się tylko ceną. Nauczyli się, czym jest jakość.
Nauczyli się tego, ale tutaj, w Radomsku. Bo tam wciąż żyją po staremu. Alina opowiada, że kiedy wyjeżdżała ze swojego miasta, miała jeszcze starą, kilkudziesięcioletnią ładę. Auto, które jeździło, ale w Polsce od razu trafiłoby na złom. Tam sprzedało się od ręki. Za 2,5 tys. dolarów. - Tak, za jakieś 10 tys. zł - potwierdza widząc niedowierzanie w moich oczach. - Od ręki. I nabywca był wdzięczny, że tak tanio. Ukraina jest skomplikowana.
Alina już nie przelicza złotówek na hrywny. A na pewno robi to coraz rzadziej. Pamięta eksperyment, który zrobiła na początku swojego pobytu w mieście. W Radomsku wzięła 20 zł i poszła coś zjeść. Jak mówi, najadła się po uszy. A potem pojechała do swojego miasta na Ukrainie, wymieniła 20 zł na hrywny i poszła na obiad. Trudno jednak powiedzieć, że to był obiad. Raczej szybka przekąska. - Taka skala - śmieje się. I dodaje, że nie zamierza do tego wracać. Nie zamierza być jedną z tych Ukrainek, która przed przejściem w Medyce wchodzi do otwartej przez całą dobę Biedronki, żeby zrobić kilkanaście razy tańsze zakupy dla całej rodziny. Woli być radomszczanką. A w przyszłości może i Polką.
Jak zostać na stałe? Najpierw pobyt czasowy na rok. Potem pobyt czasowy dwa razy po trzy lata. I jeszcze trzy lata pobytu stałego. W tym czasie trzeba nauczyć się polskiej historii i języka. A potem zdać bardzo trudny egzamin. Alina liczy, że kiedyś spełni i to marzenie.
Na razie cieszy się tym, że nikt nie żąda od niej łapówek, że zasady wszędzie są określone i jasne, że jest dyscyplina, której na Ukrainie nie ma, że mieszkańcy miasta słysząc język ukraiński nie reagują niechęcią.
Cieszy się koncertami, na które chodzi do domu kultury. Cieszy się tym, co w mieście się dzieje. Cieszy się, że siada w jednej ławce z Polakami na mszy w kościele. Wyjściem na basen. Na siłownię. Obiadem na mieście i tym, że ulubiony stolik pod oknem w pizzerii jest wolny. Albo spotkaniem na kawie w jednej z restauracji. Z Ukraińcami i Polakami.
- Nie każdy ma takie szczęście jak my. To znaczy nie wszyscy mogą tu przyjechać całą rodziną. Wielu zostawia tam mężów, żony, rodziców, dzieci. Kiedy widzą nas, widzą tych, którzy urządzają się w Radomsku na stałe, a przynajmniej na dłużej, na pewno zazdroszczą.
Język nie jest barierą. Pewnym kłopotem jest wspomniana wcześniej mentalność. Z czasem jednak te różnice stają się coraz mniej istotne. - Uczymy się od siebie nawzajem. Wszystko zależy od człowieka. Jeśli ktoś jest otwarty, odnajdzie się wszędzie. Tak jak my tutaj. Mamy świadomość, że Ukraina znalazła się wśród siedmiu najbiedniejszych państw świata. Ukrainie bliżej do Afryki niż do Europy - mówi. - Czy to znaczy, że nie mamy prawa żyć jak ludzie w Polsce? Pracujemy tak samo jak Polacy i żyjemy jak oni. Godność. Po prostu godność. To chyba jest to, czego szukamy w Radomsku.
Alina śmieje się, że bardzo smakuje jej polski żurek z jajkiem i kiełbasą, ale ukraińskiego barszczu nie potrafimy gotować. Jeśli na taki obiad zaproszą nas Ukraińcy, zrozumiemy dlaczego.
Janusz Kucharski

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości