Najdłużej pracujący w radomszczańskiej służbie zdrowia ludzie nie pamiętają takiej epidemii - pisano o epidemii, która dotarła do Radomska z Azji pół wieku temu. Tylko w ciagu jednego dnia zachorowało 1300 mieszkańców miasta. W sumie do lekarza z objawamia grypy Honkong zgłosiło się ponad 15 tysięcy ludzi
Żyjemy zamknięci, czekamy na szczyt zachorowań, naukowcy pracują nad szczepionką, świat w zawieszeniu. Jednak choroby wobec których jesteśmy bezradni są bolączką ludzkości od zawsze.
Mór gwałtowny
Epidemie, nazywane często morowym powietrzem, o mniejszym czy większym zakresie, zdarzały się co kilka czy kilkanaście lat. A jak już przyszły nie było ratunku, można było liczyć tylko na opatrzność Boską. I tylko doraźnie się ratować, dbać o to, by zaraza się nie rozprzestrzeniała. W czasie zarazy pustoszały miasta, i to dosłownie. Nie działały urzędy miejskie, bo nikt nie miał głowy do spraw urzędowych, ale też dlatego, że elita miasta z niego uciekała. Zostawali ci, którzy uciec nie mogli. Radomsko i okolice miasta nie były wyjątkiem.
Epidemia nawiedziła Radomsko już w 1601 r. W nielicznych dokumentach źródłowych pisano wówczas o „morze gwałtownym”. To wtedy mieszczanin Bartłomiej Strzyga poczynił pierwszy zapis na rzecz późniejszego kościoła św. Marii Magdaleny. To był pierwszy zapis, początek tego kościoła. Zapis zrobił za życia, więc albo był to sposób na ubłaganie Najwyższego, by go ocalił, albo wdzięczność za uratowanie życia.
Prawie 350 lat temu, latem 1662 roku, Radomsko i okolicę nawiedziła kolejna tragedia. Informację o zarazie w tym czasie przekazuje książka Ambrożego Zagajowskiego „Skarb wielki…”. „Roku 1662 dnia 4 lipca, powietrze wkoło panowało, osobliwie [tj. zwłaszcza] w Radomsku, i już bojaźń następowała, że wkrótce się pokaże w Gidlach i w Pławnie dla potajemnie bywających zapowietrzonych [tj. zarażonych] w kościele naszym. Tegoż czasu około południa, mieszczaninowi pławieńskiemu nazwiskiem Królowi, wychodzącemu z domu do gaju bliskiego, zastąpiła jakaś postać, na kształt obrazu śmierci uformowana, przeźroczysta na podobieństwo pajęczyny, to mówiąc do niego (gdy się zląkł): „Nie bój się, ale to mieszczanom twoim oznajmij, że bicz Boży gotuje się przeciwko nim dlatego, że nie są nabożni na miejscach świętych, które tu blisko mają”. A gdy on rzekł - „nie będą mi wierzyć”, rzekła postać ona: „Jeślić wierzyć nie będą i życia swojego nie poprawią, wymiotę to miasteczko aż do najmniejszego, teraz idę do Koniecpola, Miechowa, wkrótce tam będzie powietrze”! Przelękli się mieszczanie na tę mowę i z małemi dziatkami nawiedzili bardzo rano kościół nasz gidelski, przepraszając Najświętszą Pannę, a naznaczywszy sobie post i po mszy świętej śpiewanej przydawszy dyscyplinę przed obrazem Najświętszej Panny, śluby swoje wypełniali. Inni śmiali się z tego wypadku mówiąc, że fantazma było w głowie pomienionego mieszczanina, ale skutek prawdę pokazał. Bo wkrótce na onych miejscach powietrze [tj. zaraza] wybuchnęło, do których ona postać iść się obiecywała. I owszem, Gidlom też około święta Wszystkich Świętych, podobnym biczem grożono, co się sprawdziło i większe by było powietrze, gdyby obrony Panny Najświętszej nie było”. Opowiedział to pod przysięgą wspomniany wyżej Król, o którym wiadomo jedynie tyle, że był mieszkańcem Pławna i urodził sie około 1600 roku.
Nie była to tylko moralizatorska opowieść dominikanina z Gidel. Są inne dowody, że w tym roku w okolicach Radomska rzeczywiście panowała zaraza. Mówią o tym księgi metrykalne z Dobryszyc.
Ci z radomszczan, którzy mogli sobie na to pozwolić, mieli rodzinę czy znajomych na wsi, wyjeżdżali z miasta. W przypadku Dobryszyc było ich tak wielu, że duchowny zdecydował się wytłumaczyć na kartach księgi ochrzczonych, że duża liczba wiernych z Radomska w tej parafii wynika właśnie z faktu epidemii. „Na wygnaniu” przebywali kilka miesięcy, w tym czasie na świat przychodziły ich dzieci, a w tych czasach z chrztem nie zwlekano i dochodziło do niego nierzadko w tym samym dniu.

Znowu minęło kilkadziesiąt lat i kolejna zaraza. O niej informacja również zachowała się u gidelskich dominikanów. Wspomina o niej o. Konstanty Zukiewicz w pracy „Matka Boska Gidelska” z 1929 r. Pisał, że w roku 1709 i 1710 znowu mór nawiedził te okolice, „[…] ale snać wiara już jest słabszą. Nie słychać nic o modlitwach ani procesjach, to też śmierć ma obfite żniwo. Co uszło śmierci, uciekło stąd i okolica cała opustoszała; zostali tylko „Stróżowie Cudownej”, Dominikanie. Na wolę Boską się zdający, na tem miejscu cudownem Matce Boskiej się polecają i za Jej protekcją wszyscy obronieni zostali”. Z innych źródeł wiemy, że w Radomsku w 1710 roku panował tyfus.
Ślady
Pamiątkami po czasach zarazy są niekiedy kościoły i kaplice wybudowane na miejscu cmentarzy, na których spoczywały ofiary epidemii. Takiej genezy można się doszukiwać w kościele św. Rocha w Stobiecku Miejskim oraz kapliczce św. Rozalii w Radomsku. Gdzieniegdzie napotykamy jeszcze na ślady dawnych cmentarzy. O tym, że nie są to zwyczajne cmentarze przekonuje lokalne podanie, że są to tzw. cmentarze epidemiczne. Zmarłych w czasie epidemii należało szybko pochować, najlepiej w odległości od ludzkich siedlisk. Stąd takie cmentarze umieszczano gdzieś w polach, pod lasem. Te istniejące np. w Stobiecku Miejskim czy za cmentarzem żydowskim na skraju Radomska, to ślady epidemii z XIX czy XX wieku. Po tych wcześniejszych śladu już nie ma, co najwyżej gdzieś stoi krzyż czy kapliczka, też określane jako choleryczne.
Zarazy towarzyszyły ludziom w XIX w., nadal nie umiano zapanować nad epidemią. Co jakiś czas rosła obawa przed cholerą, tyfusem, ospą. Z zakaźnymi chorobami starano się radzić poprzez natychmiastowe izolowanie chorych, dezynfekcję ich domów, zakaz wstępu do nich. Naprawdę groźna sytuacja była w latach I wojny światowej, kiedy znacznie obniżył się standard życia. Głód dodatkowo narażał najbiedniejszych na choroby, a sytuację pogarszały jeszcze złe warunki mieszkaniowe i higieniczne. Od 1919 roku obowiązkowe były szczepienia ospy, to już był postęp. W tym czasie w całej Europie szalała grypa zwana hiszpanką. Także i u nas pochłonęła mnóstwo ofiar śmiertelnych. Lata po II wojnie światowej nie przyniosły spokoju.
Hongkong
W latach 1967-1968 na świecie grasowała grypa azjatycka. Dziesięć lat później pojawiła się grypa znana pod nazwą „Hongkong”, bo w tym mieście odnotowania pierwsze jej przypadki. Dotarła także do Radomska.
Szczyt epidemii przypadł na luty 1969 roku. Od 6 do 12 lutego liczba zachorowań wynosiła podczas jednego dnia ponad 1300 osób.

Najdłużej pracujący w radomszczańskiej służbie zdrowia ludzie nie pamiętają takiej epidemii - pisała „Gazeta Radomszczańska” w nr 10 z 1969 roku. Wydział Zdrowia Wojewódzkiej Rady Narodowej w Łodzi oceniał wówczas, że wirus ten najbardziej dał się odczuć w Radomsku i powiecie. W żadnym innym powiecie nie było takiej liczby zachorowań jak u nas. Ogółem do 25 lutego w mieście i powiecie zachorowało 15.202 osoby. Gdy w marcu pisała o tym gazeta dziennie notowano zaledwie ok. 200 przypadków. Choroba wyraźnie była już w odwrocie. Być może wpływ na to miały powszechne szczepienia, które wtedy u nas przeprowadzano. Gazeta nie podała też, czy były jakieś przypadki śmierci spowodowanej grypą.
Jeśli ktoś pamięta tę epidemię, będę wdzięczny za relacje.
Tomasz Nowak
ton@radomszczanska.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze