Nasz czytelnik w jednym ze sklepów na ulicy Reymonta zakupił kanapkę. I nie było w tym nic dziwnego, dopóki nie zajrzał do środka.
Środy w pracy dla pana Artura to istny Sajgon. Tak się składa, że wtedy realizowana jest większość zamówień w jego firmie. Wszystkie muszą być dopięte na ostatni guzik, szczególnie pod względem logistycznym. Jeden błąd może kosztować firmę utratę poważnego kontrahenta. A na dodatek cała ta odpowiedzialność spoczywa na barkach naszego czytelnika.
Tego ranka akurat Pan Artur w natłoku zajęć, przejęty zapomniał zabrać drugiego śniadania.
- Wszedłem więc do pierwszego lepszego sklepu na Reymonta. Wyboru samych kanapek za wielkiego nie było. Zostały tylko z pastą jajeczną. Za szybą witryny sklepowej te w zasięgu wzroku klienta wyglądały całkiem apetycznie, kusiły liście świeżej sałaty. Poprosiłem pierwszą z brzegu. Zastanowiło mnie wtedy, czemu kobieta zza lady sięgała po tę bułkę najdalej odsuniętą od niej, przecież to nie poręczne było nawet dla niej samej.
Chcąc zaoszczędzić czas, mężczyzna tym razem nie wdał się w żadną dyskusję. Zostawił na ladzie sześć złotych, wcisnął kanapkę w kieszeń i szybkim krokiem poszedł do pracy.
- Głodny ugryzłem pierwszy kęs ale nie było w nim sałaty. Sama bułka też nie była pierwszej świeżości. Zaciekawiony zajrzałem do środka. Zobaczyłem nadgnity liść i plasterek ogórka oraz jedną stronę bułki posmarowaną pastą jajeczną. 6 zł za nadgnitą sałatę i plasterek ogórka to rozbój w biały dzień. Zastanawiam się skąd się bierze w przedsiębiorcach taka nieuczciwość. Dlaczego nabijają ludzi w butelkę? Sześć złotych za kanapkę, to może i nie jest dużo, ale dlaczego mam wyrzucać ciężko zarobione pieniądze? Przecież ta kanapka nie nadawała się do jedzenia. Czy nieuczciwość komuś się opłaca? Przecież wiadomo, że od teraz sklep ten będę omijał szerokim łukiem...
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze