Reklama

„Byłem klasycznym dziwakiem". Przypominamy wywiad z Mateuszem Dudą

[Rozmowy Gazety] Radomszczanin Mateusz Duda, były stypendysta Fundacji Inicjatyw Kulturalnych w Radomsku, weźmie udział w eliminacjach do XVIII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. Informację podał portal radomsko24.pl. Przypominamy wywiad z Mateuszem Dudą, opublikowany w Gazecie Radomszczańskiej przed rozpoczęciem edukacji w Londynie.

GAZETA RADOMSZCZAŃSKA: Jest pan muzykiem, więc na początek chciałbym trochę pana przeegzaminować. Otwieram w telefonie swoje playlisty na Spotify. Mówi coś panu Limp Bizkit?

Reklama

MATEUSZ DUDA: Niestety.

Artur Rojek?

- Kojarzę.

Borodin Quartet i Glenn Gould?

- Jasne, to moja branża.

Znaczy muzyka klasyczna. Swans?

- Nie.

Foals?

- Nie za bardzo.

Bjork?

- To chyba coś szwedzkiego?

Islandzkiego. Alice In Chains, Soundgarden, Radiohead, Johnny Cash, Daft Punk, Miles Davies, Igor Stravinsky?

- Tych dwóch ostatnich tak.

Dobrze, nie będę już pana męczył. To była muzyka współczesna. Niech mi pan wyjaśni, skąd u młodego człowieka fascynacja muzyką sprzed wieku. To trochę tak, jakby dziś ekscytować się Mikołajem Rejem czy Adamem Mickiewiczem. Tyle w literaturze od tamtego czasu się zmieniło, że ani język, ani sprawy, o których pisali, nie dotyczą nas, współczesnych.

Reklama

- Hm... powiem panu szczerze, że ja sam siebie wysłałem do szkoły muzycznej. Sam nakłoniłem do tego rodziców.

Ile pan miał lat?

- Sześć. Nie wiem, skąd się to u mnie wzięło. Zawsze fascynowało mnie pianino, klawisze i dźwięki, które wydają.

Nie rozumiem... Sześciolatek słuchał Bacha?

- Bez przesady. W domu były nagrania muzyki klasycznej, choć rodzice nie byli jej specjalnymi fana- mi. W rodzinie też nikt się tym nigdy nie zajmował. Dopiero gdy poszedłem do szkoły muzycznej i zacząłem grać na fortepianie, dostałem zupełnego bzika i zacząłem słuchać tylko takiej muzyki.

Reklama

Przejawiał pan cechy klasycznego dziwaka?

- Od początku. Interesowałem się tylko tym i tylko muzyka mnie zajmowała. Może stąd brak zainteresowania muzyką współczesną, o którą pan pytał. Nie chcę jej oceniać zbyt surowo, bo tak jak muzyka klasyczna jest dobra i zła, tak też pop czy rock może być dobry lub zły. Ale mam wrażenie, że kiedyś muzyka była bardziej wyszukana. W klasycznej jest więcej emocji, jest bardziej wyrafinowana. Ona jest bliższa mojej osobowości.

Trudno być artystą w Radomsku?

- To zależy, o co pan pyta. Tu jest bardzo dobra szkoła muzyczna pierwszego stopnia. Ona świetnie dba o uczniów. Na start miasto jest bardzo dobre. Ale faktem jest, że rozwijać skrzydła trzeba gdzieś indziej. Tu nie ma szkoły muzycznej drugiego stopnia, bo to za małe miasto, więc żeby kontynuować edukację, trzeba wyjechać.

Reklama

To naturalne.

- Żeby być uznanym pianistą czy malarzem, najpierw trzeba zdobyć dobre wykształcenie. Tego nie można dostać w takim mieście jak nasze i nic w tym nienaturalnego. No i biznes kulturalny kręci się w dużych miastach.

Ale pan do kontynuowania edukacji wybrał już nie Warszawę, ale Londyn. Rozumiem, że pod tym względem różnica między Londynem a Warszawą jest taka, jak między Warszawą a Radomskiem?

- Royal Academy of Music w Londynie to jedna z najbardziej renomowanych uczelni muzycznych na świecie. Porównywalna do konserwatorium moskiewskiego. Londyn dla muzyków to okno na świat. Tam jest dla nich bardzo dużo pracy, są bardzo pożądani. Jest wiele sal koncertowych i działają co najmniej cztery oficjalne orkiestry.

Reklama

Jak rówieśnicy patrzyli na pana drogę? Młodzi ludzie mają wielką potrzebę akceptacji w grupie, pan pewnie odstawał.

- W szkole podstawowej było ciężko. To nie tak, że nie miałem znajomych czy przyjaciół, ale byłem inaczej postrzegany. Choćby dlatego, że gdy koledzy szli kopać piłkę, ja szedłem na fortepian. Ale podkreślę, to nie był przymus. Są takie rodziny gdzie dziecko gra, bo mamusia każe, bo jest niespełnioną pianistką. Ja miałem komfort wyboru. Odnalazłem się, gdy poszedłem do szkoły muzycznej w Częstochowie. Tam każdy robił to co ja, czyli grał.

Reklama

Co motywuje ośmio-, dziesięciolatka do siedzenia po kilka godzin dziennie przy pianinie. Paganiniego ojciec zamykał w komórce, by ćwiczył, pan robił to z nieprzymuszonej woli.

- Na początku to nie trwało pięciu godzin dziennie, bo ćwiczy się krótkie utwory. Mnie motywowała chęć polepszenia warsztatu, chciałem się szybko uczyć. Byłem tak zacięty, że połykałem utwory w całości. Jako małe dziecko brałem się za naprawdę trudne kompozycje. Stawiałem sobie wyzwania i starałem się im sprostać. Uwielbiałem słuchać profesjonalistów i dążyłem do tego, by grać jak oni. Motywowałem się sam. Sam nie wiem czemu.

Reklama

Jak się ma dziesięć lat, to się myśli o kolegach i przysłowiowej piłce.

- Bez przesady, przecież jak każdy dzieciak grałem na komputerze i jeździłem na rowerze.

To pianistom wolno uprawiać sport?

- Wykluczone są siatkówka, koszykówka, piłka nożna i tenis. Rower i bieganie nie.

Podobno artyści najtrudniej pogodzić się z tym, że może być jednym z tysięcy. Pan jest na tym etapie, że może być gwiazdą wielkiego formatu, ale też jednym z wielu słabo rozpoznawalnych pianistów. Jak pan sobie radzi z tą myślą?

Reklama

- Znam wielu polskich muzyków w moim przedziale wiekowym i większość ma straszne parcie na szkło. Jestem najlepszy, muszę być najlepszy, muszę wygrać każdy konkurs. Ja staram się zwalczać to w sobie. Chcę być zadowolony z tego, jak gram. To wartość najwyższa.

Pan nie komponuje, więc to publiczność na koncertach jest wyznacznikiem pańskiego sukcesu i wartości jako muzyka.

- Tak naprawdę granie muzyki klasycznej nie jest tak odtwórcze, jak pan myśli. To prawda, że trzeba się liczyć z zasadami i stylistyką epoki, stylem wykonawczym. Inaczej gra się Beethovena, inaczej Chopina, inaczej Bacha. Ale jest naprawdę duży obszar własnego pierwiastka, który można do tej muzyki włożyć.

Reklama

Jak ze sztuką teatralną? Jest zapis na papierze, ale wystawić można ją na kilkadziesiąt sposobów?

- Dokładnie. Fakt faktem, że jeśli chodzi o bycie muzykiem, to rynek jest bardzo ciężki. Jest wielu pianistów, wiele konkursów na świecie, wiele prestiżowych nagród. Nawet tym świetnym, wygrywającym konkursy, czasami brakuje szczęścia. Choćby menedżera, która go zauważy i w niego zainwestuje. Same konkursy nic nie dają. To tylko dyplom.

Chyba że konkurs Chopinowski.

- Oj... Powiem panu tak... Nie jestem jego wielkim fanem. To konkurs jednego kompozytora. Albo jest się pianistą, albo chopinistą.

Reklama

No to pan sobie grabi. Narusza pan świętość.

- Ten konkurs jest bardzo prestiżowy i wielu pianistów się wybiło, ale w Polsce panuje przekonanie, że jest najważniejszy na świecie. Nie jest. Jest wiele równie ważnych, choćby Czajkowskiego w Moskwie czy Królowej Elżbiety w Londynie. Tam ocenia się całego muzyka. Program jest przekrojowy, zaczyna się od Bacha, gra się Beethovena, Chopina, Rachmaninowa, Brahmsa. Ja nie lubię się ograniczać.

Spotkał się pan z opinią, że jako polski artysta powinien uprawiać sztukę polską? Pan często gra Rachmaninowa. Rosjanina.

- Wiele razy to słyszałem. Ostatnio grałem muzykę niemiecką...

No nie, najpierw Rosjanina, teraz Niemca?

- Śmieje się pan, ale niejedna osoba zwracała mi na to uwagę. Ja lubię Chopina, to muzyka bardzo wysublimowana i piękna, ale nie będę go grał do końca życia. Nie zamknę się w klatce. Czy to polskiej, rosyjskiej, czy niemieckiej.

To pytanie grubszego kalibru: czy sztuka powinna być narodowa?

- Powinna być ponad podziałami. Jak słyszę, że jakiś Żyd nie będzie grał Wagnera, bo lubił go Hitler, to jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe.

Spytam pana jeszcze o elitarność. Niedawno w Radomsku ustawiono przy skwerze Niemca rzeźby poświęcone twórczości braci Różewiczów. Specjalnie jeszcze nie poszedłem ich obejrzeć, bo z zainteresowaniem śledzę towarzyszącą im dyskusję. Wielu powtarza, że to jakieś barachło, nie wiadomo co, i ja w tym widzę jakąś pretensję, że ta sztuka jest za wysoka, niezrozu miała. Pan też uprawia sztukę dla elit. Wielu powie o panu: ot, jakiś tam gostek plumka coś i wygina się przed klawiszami. Nie ma pan z tą elitarnością problemu?

- Odpowiem tak: byłem ostatnio na wykładzie brytyjskiej menedżerki, która opowiadała, jak wygląda rynek muzyki klasycznej. W popie sukces sprzedaży płyty liczy się milionami, w muzyce klasycznej wielki hit to 40 tysięcy. Zmniejsza się zainteresowanie taką sztuką i wiele na to poradzić chyba nie możemy.

To z czego utrzymują się pianiści?

- Tych wydających płyty w znanych wytwórniach jest niewielu. Utrzymują się z koncertów, ale też z działalności pedagogicznej.

Czyli pianista uczy się wiele lat po to, żeby uczyć innych pianistów? Błędne koło.

- Między innymi z tego powodu wybrałem szkołę za granicą. Tam są większe możliwości. Poza tym tu jestem muzykiem z małego ośrodka i zawsze byłem bardziej dociskany na konkursach i przesłuchaniach.

Co to znaczy: dociskany?

- Nie byłem w układzie.

Rozumiem, że chodzi o to, iż w jury siedzą ludzie, którzy oceniają na konkursach swoich własnych uczniów. Toż to prawie muzyczna mafia!

- Znów pan żartuje, ale trochę tak to wygląda.

Na Zachodzie jest inaczej?

- Nie jest idealnie, ale takie sytuacje spotyka się rzadziej. Tam nie ma takiego wielkiego nacisku i parcia jak u nas. Każdy pianista ma swój ogródek, nikt się nikomu nie wtrąca, nie komentuje i nie ocenia. U nas wśród pianistów nie można mieć przyjaciół.

Jak w polityce.

- Jest ogromna zazdrość. Nie chcę w tym uczestniczyć. Powiem panu, że nasza kadra profesorska jest bardzo stara i sądzę, że ten komunizm to poczynił im jednak w głowach pewne szkody.

Jak się dostać do takiej elitarnej szkoły jak Royal Academy of Music. To drogi interes?

- Nie. Rekrutacja zaczyna się bardzo wcześniej. Dokumenty składałem we wrześniu ubiegłego roku. Musiałem napisać dość długi list przewodni, w którym miałem przekonać, że warto mnie przyjąć. Do tego dwie osoby z Polski musiały napisać mi referencje. Dopiero wtedy dostałem decyzję o przyznaniu egzaminów wstępnych. Odbyły się na początku grudnia. Grałem przed dwoma komisjami 40-minutowy program. Potem zdawałem dużo egzaminów pisemnych i ustnych z teorii i historii muzyki, co w Polsce jest traktowane bardzo pobieżnie. Tam przykładają do tego wagę, mają taką dewizę, że muzyk będzie dobry, jeśli będzie wiedział, co gra. Były też testy z harmonii muzycznej, pisanie eseju, ustne kształcenie słuchu, analiza formalna utworu. Wyniki przyszły przed świętami. Poinformowano mnie, że mam gwarantowane miejsce, tylko muszę im dostarczyć polską maturę. A jeśli chodzi o pieniądze, to tam są kredyty studenckie, inne niż w Polsce. Oddaje się je dopiero wtedy, gdy po skończeniu studiów zarobki przekroczą 21 tys. funtów rocznie.

Ilu Polaków tam studiuje?

- Myślę, że kilkunastu.

Pomagał panu w trakcie nauki jeszcze ktoś poza naszą radomszczańską Fundacją Inicjatyw Kulturalnych?

- Miałem trzy lata stypendium prezydenta Częstochowy i dwa razy byłem na stypendium w Kanadzie.

Granie to drogi biznes?

- Straaaasznie. Na fortepian składaliśmy z rodzicami długo każdy grosz. Dzięki rodzicom i FIK-owi mam ten instrument. Wie pan, czym się różni pomoc radomszczańskiego FIK od innych? W Częstochowie prezydent przyznawał stypendium, ściskał dłoń, on albo jego zastępca, jeśli prezydent nie miał czasu, i na tym kończył się kontakt donatora i stypendysty.

Pstryknęli pewnie jeszcze parę fotek.

- Oczywiście, były fotki. A FIK stypendystami się zajmuje. Stara się ich promować, organizuje koncerty, to jest inna bajka. Czegoś takiego w innych miasta nie ma. Rozmawiam ze znajomymi z dużych ośrodków i zazdroszczą, gdy im opowiadam o fundacji. To przewaga Radomska, że są tu ludzie dobrej woli, którzy zajmują się pomocą. I że są ludzie i firmy, które dają na to własne, ciężko zarobione pieniądze .

(rozmowa przeprowadozna w 2015 roku)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości