Reklama

Z raportów: „Ignorancja niepodległościowa w Radomsku wprost nie do wiary". Ale żmudna praca zrobiła swoje

W raportach z września i października 1914 r. pisano o Radomsku, że „ignorancja w mieście i powiecie względem ruchu niepodległościowego, Naczelnego Komitetu Narodowego, Legionów i ich czynów - wprost nie do wiary”. Dopiero żmudna praca zrobiła swoje i postawa się zmieniła

Tomasz Nowak, ton@radomszczanska.pl

Na przełomie XIX i XX wieku rozwijało się życie polityczne, powstały silne partie robotnicze i chłopskie. Na lewicy powstał odłam, który dążył do odzyskania niepodległości. Mogło do tego dojść przy sprzyjających warunkach, a takie dawała wojna między rozbiorcami Polski. Doszło do niej w 1914 roku. Naprzeciwko siebie stanęła Rosja oraz w sojuszu Austria i Niemcy.

Powstało zasadnicze pytanie, na kim oprzeć nasze dążenia niepodległościowe, z którym mocarstwem się związać? Środowiska lewicowe, skupione wokół Józefa Piłsudskiego, opowiadały się za opcją państw centralnych, czyli Niemiec i Austrii. Natomiast Narodowa Demokracja chciała stać przy Rosji. Porażki armii carskiej, która w 1914 r. wycofała się za Wisłę, a w połowie 1915 r. jeszcze bardziej na wschód, te środowiska osłabiły. Całe terytorium zaboru rosyjskiego znalazło się pod okupacją Niemiec i Austrii. Nasze tereny pod zarządem austriackim. Dążeń do odrodzenia się Polski nie podzielali zaborcy. Ale widząc je w Polakach zaczęto ich łudzić wizjami samodzielnego państwa. Długo te obietnice były bardzo mgliste.

Reklama

Ludzie Piłsudskiego

Zaraz na samym początku wojny, pod koniec sierpnia 1914 r. w Radomsku zjawił się Bonawentura Snarski, kielecki nauczyciel, który chciał tworzyć polską armię. Miała walczyć po stronie rosyjskiej. W mieście jego grupę przyjęto dosyć dobrze, ale odnoszono się z pobłażaniem. Nazywano ich nieuzbrojoną bandą. Tak faktycznie było, na swoim wyposażeniu mieli kosy i broń myśliwską. Snarski pokazywał dokumenty, dające mu prawo werbunku do oddziału, ale wielkiego odzewu nie było. Wyjechali z miasta i niedługo potem zostali rozbici koło Brzeźnicy. To była jedyna próba stworzenia polskiej armii u boku Rosji. Ale sympatie w społeczeństwie istniały jeszcze długo. Powszechne było nazywanie kozaków „naszym wojskiem”, które witano z radością. A gdy musieli się wycofać, żegnano z żalem i obawami o przyszłość.

Niemal jednocześnie z wojskami niemieckimi zjawili się w Radomsku Polacy, głównie z Galicji. To byli ludzie Piłsudskiego. W Krakowie zawiązał się Naczelny Komitet Narodowy, który w walce o niepodległość reprezentował stanowisko proaustriackie. Początkowo Józef Piłsudski go nie uznał. Miał własny pomysł. Dysponował swoją siłą wojskową w postaci oddziałów Strzelca i one wkroczyły 6 sierpnia w granice Królestwa Polskiego. Za nimi podążali komisarze Rządu Narodowego. Był to fikcyjny rząd, nie istniał. Ale tak Piłsudski chciał wywołać wrażenie, że posiada nie tylko wojsko, ale także poparcie polityczne. Dlatego zawiązał Polską Organizację Narodową, która miała skupiać wszystkie siły antyrosyjskie. W swoich działaniach oparł się na Niemcach, bo Austria nie do końca przychylnie patrzyła na jego poczynania.

Reklama

Między innymi także do Radomska przyjechali jego wysłannicy, czyli komisarze. Ich zadaniem było uświadamianie mieszkańcom Kongresówki, jakie postawili sobie cele. By Niemcy bądź Austria zaczęły się liczyć z polskimi i postulatami, musieli mieć poważny argument. Było nim wojsko. Stąd główny nacisk komisarze kładli na werbunek do polskich oddziałów. Nie mieli łatwo, mało kto ich tu popierał. Mimo, że byli Polakami, przyszli jednak z okupantem niemieckim, co musiało wybudzać przynajmniej postawę neutralną, jeśli nie wrogą. Niektóre reakcje miejscowych były wprost niechętne legionistom, wrogo nastawionych do nich było kilku duchownych w okolicy.

Reklama

W raportach z września i października 1914 r. pisano, że „ignorancja w mieście i powiecie względem ruchu niepodległościowego, Naczelnego Komitetu Narodowego, Legionów i ich czynów - wprost nie do wiary”. Początkowo natrafiano na zupełną obojętność lub nawet wrogość, efekty pracy propagandowej były nikłe. Bywało i tak, że pomagano, ale w tajemnicy, bo obawiano się, że wrócą Rosjanie i pomagający poniesie konsekwencje współpracy z wrogiem. Dopiero żmudna praca zrobiła swoje i postawa ludzi się zmieniła.

W grudniu nasze ziemie dostały się pod okupację austriacką, a Rosjanie się wycofali. Plan Piłsudskiego się nie powiódł i musiał się podporządkować NKN, a jego oddziały wcielono do Legionów Polskich. Znowu w Radomsku zjawili się legioniści, ale teraz zostali na całą wojnę. Mieli już przygotowany grunt przez działania z jesieni poprzedniego roku. Radomsko miało stać się głównym ośrodkiem Legionów, ale ostatecznie postawiono na Piotrków. Choć u nas ulokowano kilka ważnych agend i miasto stało się ważnym ośrodkiem legionowym. Znowu zaczęła się akcja propagandowa, która miała jeden cel. Konieczne było pozyskanie jak największej liczby ochotników do Legionów. Oficerowie werbunkowi jeździli po okolicy i zachęcali do wstępowania w szeregi polskiego wojska. Robili to samo co ich poprzednicy jesienią 1914 roku. Poza tym wspierano Legiony finansowo, właściwie każda okazja do zbiórki pieniędzy na ten cel była dobra.

Reklama

Jednocześnie pokazywano, że Legiony i ludzie z nimi związani są prawdziwymi Polakami. Zaczęto uroczyście obchodzić polskie rocznice narodowe. Pierwszą okazją była rocznica wybuchu powstania styczniowego, potem w kwietniu uroczystości kościuszkowskie, w maju oczywiście rocznica konstytucji. Następnie w sierpniu nowe święto, czyli rocznica wkroczenia oddziałów Piłsudskiego do Królestwa Polskiego.

Jesienią z kolei rocznica powstania listopadowego. Każda z tych uroczystości łączyła w sobie różne funkcje. Patriotyczne, bo przypominały o polskich rocznicach, charytatywne, bo przy okazji zbierano pieniądze na jakiś szczytny cel. Na poszczególne uroczystości przygotowywano część artystyczną, kwitło więc przy okazji życie kulturalne miasta. Władze austriackie nie do końca przychylnie patrzyły na te działania. Panowała cenzura, z kultywowaniem polskości nie można było przesadzać. Niekiedy dochodziło na tym tle do konfliktów. Na przykład Austriacy nie chcieli się zgodzić na uczczenie pamiątkową tablicą Tadeusza Kościuszki na murze klasztoru. Udało się to dopiero w jakiejś prowizorycznej formie w 1916 r., a w formie tablicy w 1917 r.

Reklama

Zaczęły powstawać organizacje społeczne, głównie o charakterze charytatywnym i gospodarczym. Obok wspomnianego już harcerstwa, bardzo aktywnie działającą grupą była Liga Kobiet Pogotowia Wojennego. To ogólnokrajowa organizacja powstała w 1913 r., a w Radomsku rok później. Liga Kobiet zbierała pieniądze, szyła ubrania, przygotowywała paczki dla legionistów.

Od początków wojny rozwijało się też życie polityczne w mieście i powiecie. W momencie rozpoczęcia działań wojennych najsilniejszą w Radomsku partią był Narodowy Związek Robotniczy (NZR). Z czasem odrodziła się Polska Partia Socjalistyczna, która w ostatnich latach przed wojną była osłabiona aresztowaniami. Pozostałe partie, m.in. żydowskie były rozdrobnione, a lewica dopiero się odradzała. W początkowym okresie cała praca niepodległościowa opierała się na NZR i jego ludziach.

Reklama

Chcemy państwa i wojska

W lutym 1915 r. utworzono w mieście Koło Niepodległościowe, w skład którego weszło 15 wpływowych osób w mieście. Na siedmiu członków Komitetu Obywatelskiego, czyli ówczesnych władz miasta, trzech było przychylnych sprawie legionowej. W kwietniu powołano Komitet Narodowy. Nadal główną siłą był w nim NZR, choć jego liczność w mieście nie była imponująca. W marcu miał zaledwie 13 członków, dla porównania Tomaszów 40, a Piotrków 100. W Radomsku NZR wydał manifesty datowane na 26 i 30 marca 1915 r.

Za jedyny organ polityczny posiadający możliwość realizowania aspiracji narodowych uznawano NKN (Radomsko podlegało pod okręg częstochowski). Oczekiwano jednak od niego jasnej deklaracji co do przyszłości Królestwa Polskiego. Domagano się nacisków na austriackie władze, by zadeklarowały swoje plany wobec Polaków, jak ma wyglądać przyszłe państwo polskie. Poza odezwami skupiano się na walce o rekrutów do Legionów.

Reklama

Na początku 1915 r. wiele osób nie chciało się jawnie opowiedzieć po stronie legionów, bo wciąż obawiano się powrotu Rosjan. Na wsiach chłopi byli bardzo bojaźliwi i podejrzliwi. Praca oficera werbunkowego polegała na objeżdżaniu całego powiatu. W poszczególnych miejscowościach spotykał się z miejscową elitą, czyli duchownymi i ziemiaństwem. Potem organizował spotkania z ludnością. Tam mówiono o idei legionowej, rozdawano ulotki, gazetki, rozwieszano plakaty. Kluczowe było przekonanie do siebie właścicieli majątków ziemskich i księży. Oni mieli największy wpływ na chłopów, przeważnie niepiśmiennych.

Legiony walczyły u boku armii austriackiej, ale paradoksalnie władze austriackie nie zawsze popierały werbunek. Niekiedy wprost go sabotowały. Zdarzało się, że któryś z legionistów był aresztowany, a jego bezpośredni przełożeni dowiadywali się o tym od ludności cywilnej. Niekiedy patrole legionowe były rozbrajane na ulicy. Doszło do tego, że złe traktowanie legionistów miejscowa ludność odbierała jako kolejną szykanę ze strony Austriaków. Lekceważąco odnoszono się do oficerów legionowych, nie oddawano należnych im honorów.

Reklama

Do charakterystycznego zajścia doszło też wieczorem 28 listopada 1915 r. po zakończeniu „wieczoru listopadowego”. W bufecie razem z cywilami bawiła się kadra oficerska armii i Legionów. W lokalu panował gwar, głośne rozmowy. W pewnej chwili austriacki komendant obwodu stwierdził, że ktoś się do niego bardzo niegrzecznie odniósł. Tłumaczono, że te słowa były skierowane do zupełnie innej osoby. Nie dał się jednak przekonać i oburzony kazał wszystkim iść do domów, także legionistom. Na to legionista Stanisław Niemiec powiedział, że na sali jest jego bezpośredni dowódca i tylko jego będzie słuchał. By nie zaogniać sytuacji, podobny rozkaz rozejścia wydał legionistom Kazimierz Gromczakiewicz, oficer werbunkowy, czyli dowódca legionistów w naszym mieście.

Reklama

Obu stronom było nie po drodze ze sobą. A gdy z czasem Niemcom i Austrii zaczęło się gorzej powodzić na froncie, zaczęto myśleć o zmianie opcji. Polacy coraz bardziej domagali się konkretów, co z ich sprawą, czy mogą liczyć na własne państwo. O wycofywaniu się ze współpracy z Austrią Piłsudski zaczął myśleć już wcześniej. Z jego inicjatywy powstał w grudniu 1915 r. Centralny Komitet Narodowy (CKN). Z czasem siła NKN zaczęła słabnąć i coraz większe znaczenie w walce niepodległościowej miały siły lewicowe, skupione wokół CKN. Ta organizacja podzieliła kraj na 15 okręgów, w tym piotrkowski, który obejmował swoim działaniem także powiat radomszczański. W początkach 1916 r. radomszczański komitet podporządkował się strukturom piotrkowskim. W połowie 1916 r. piłsudczycy wystąpili z NKN. Środowisko niepodległościowe podzieliło się.

Podziały ogólnonarodowe przełożyły się też na stosunki w Radomsku. Atmosfera w radomszczańskim środowisku niepodległościowym była zła. Głównie chodziło o stosunek do dalszego werbunku do Legionów. Środowiska przychylne Józefowi Piłsudskiemu uważały, że na dotychczasowych warunkach nie ma sensu wspierać Austro-Węgry, bo w żaden sposób nie służy to polskiej sprawie, a jedynie pociąga za sobą śmierć legionistów na froncie. Oczekiwano na konkretne propozycje wobec Polaków. Już we wrześniu 1915 r. za wstrzymaniem werbunku opowiedział się NZR, a w roku następnym Liga Kobiet. Sytuację próbował naprawić oficer werbunkowy, który namawiał do dalszego wspierania legionistów i szukania kolejnych chętnych. Ale tego procesu już się nie dało powstrzymać.

Reklama

Narastał konflikt pomiędzy Komitetem Werbunkowym a Ligą Kobiet. Konflikt przenosił się na różne pola, np. nie zapraszano się na swoje uroczystości. W październiku 1916 r. zaproszenia na jakieś zebranie nie wysłano do oficera werbunkowego. Wywołało to oburzenie legionistów, więc Liga Kobiet wysłała do niego list. Wyjaśniano w nim, że nie chodzi o personalia, ale tylko „kardynalne różnice w zapatrywaniach politycznych obozów do jakich należymy”. Dalej pisano, że werbunek nie powinien być prowadzony do czasu aż państwa centralne nie wypowiedzą się w sprawie niepodległości Polski i nie przekształcą legionów w armię polską.

„Nie żołnierzy polskich przeto zwalczamy, którzy poszli na krwawy bój z odwiecznym wrogiem polskim, w przeświadczeniu, że z posiewu ich ofiarnej krwi powstanie Niepodległość. Zwalczamy obecnie kierownictwo legionów, które nie umie, czy nie chce widzieć, że przy dzisiejszym ukształtowaniu się stosunków są one tylko narzędziem w ręku obcego mocarstwa, mającego swe odrębne cele, a dowodem tego niech posłuży fakt, że wczorajsze zebranie przeznaczyło dochód z mającej się odbyć uroczystości na ciepłą odzież dla tychże żołnierzy”.

Ciągłe obietnice

W końcu władze niemieckie i austriackie przedstawiły Polakom swoją propozycję, co miało miejsce 5 listopada 1916 r. Ogólnie zapowiedziano powstanie państwa polskiego. Nie tego jednak Polacy oczekiwali. Nie mniej jednak wiązano z tym duże nadzieje. Opis pierwszych dni listopada tego roku w Radomsku i okoliczności ogłoszenia aktu podaje jeden z raportów. W środowisku legionistów uznano to za wielkie wydarzenie, któremu należało nadać odpowiednią rangę.

Późnym wieczorem 2 listopada jeden z legionistów, pracujący w komendzie obwodowej, przyniósł do Biura Werbunkowego informację, że z Lublina przyszła tajemnicza przesyłka. Nie wolno było jej otwierać aż do momentu otrzymania telegraficznego rozkazu. Następnego dnia o 9 rano z tego samego źródła przyszła wiadomość, że tajemnicza paczka została odesłana przez specjalnego kuriera do Cieszyna. Kazimierz Michalski, oficer werbunkowy, zaciekawiony tym poszedł zaciągnąć języka do zastępcy komendanta obwodu. Ten wszystko potwierdził i powiedział, że był to manifest, który miał być rozesłany do wszystkich gmin. W nocy z czwartku na piątek z Warszawy wrócił legionista Janusz Grodzki, który przywiózł wieści, że manifest ma być ogłoszony w niedzielę 5 listopada. Wtedy Michalski poszedł do proboszcza św. Lamberta ks. Franciszka Mireckiego, któremu powiedział, że ma niezbite dowody, że będzie ogłoszony manifest i poprosił o uroczyste nabożeństwo z odśpiewaniem „Te Deum” i biciem w dzwony. Proboszcz kategorycznie odmówił, bo nie miał stosownych rozporządzeń biskupich.

Po tej rozmowie oficer udał się do burmistrza Franciszka Goszczyńskiego i poprosił o zwołanie posiedzenia Rady Miejskiej z przedstawicielstwami towarzystw, cechów i znaczniejszych obywateli, by omówić szczegóły uroczystości. Tu spotkał się z życzliwym przyjęciem. W sobotę 4 listopada pojechał do Piotrkowa po wieści. Tam dowiedział się, że ma być specjalne orędzie arcybiskupa. Wprost z pociągu o godz. 16 udał się do Romana Żurawskiego, zastępcy komendanta obwodu, któremu zaproponował ogłoszenie manifestu w sposób uroczysty, a nie z pomocą zwykłych plakatów. Pomysł został natychmiast zaakceptowany.

Zwołał tego samego dnia zebranie z udziałem dyrektora szkoły ludowej Kamińskiego, komisarza rządowego (burmistrza z urzędu) Boguckiego oraz starosty Leszczyńskiego. Jeszcze raz poszedł do ks. Mireckiego, ale ten póki nie miał postanowienia arcybiskupa nic nie chciał zrobić. Legionista powiedział proboszczowi, że duchowieństwo wytrąca sobie ważny atut z ręki, bowiem w chwili ogólnej radości pozostanie na boku. Dodał, że po odczytaniu manifestu i tak tłumnie przyjdą do kościoła ze śpiewem „Boże coś Polskę”. Ostatecznie duchowny w zasadzie zgodził się na taki przebieg.

5 listopada rano przed ustawionym do raportu oddziałem legionistów odczytano manifest, potem wznoszono okrzyki „Wolne, Niepodległe Państwo Polskie niech żyje”, odśpiewano „Jeszcze Polska nie zginęła” i udano się pod ratusz. Przed godz. 11 podjechał Roman Żurawski, który z balkonu ratusza odczytał po polsku manifest, wygłosił piękne żołnierskie przemówienie, w którym podkreślał, że Polska powstała oparta o własny miecz. Okrzyk „Wolna Niepodległa Polska niech żyje” został podjęty entuzjastycznie przez zebrany tłum. Wojskowa orkiestra odegrała fanfarę i hymn. Tłum przeszedł do kościoła. Chorąży Michalski polecił dwóm legionistom bić w dzwony, co nie spodobało się ks. Mireckiemu, który kazał im przestać. Wtedy sierżant Jan Studencki w imieniu Michalskiego zapytał w zakrystii, czy ksiądz wyraża zgodę na zaintonowanie „Boże coś Polskę” oraz uderzenia w dzwony. Duchowny powiedział, że uległ gwałtowi, że legioniści czynią mu skandal w kościele. „Bujny potok elokwencji przerywa sierżant Studencki żołnierskim oświadczeniem, że śpiewać będą i w dzwony uderzą i kończy pytaniem, czy ks. dziekan się zgadza na to?” - pisał Michalski. Ten przez zaciśnięte zęby odpowiedział, że się zgadza. Po skończonej sumie sam zaintonował pieśń. Po wyjściu z kościoła sformował się pochód ze sztandarami narodowymi oraz tablicami z napisem „Niech żyje armia polska”, „Niech żyje Piłsudski”, „Niech żyje wolna Polska ludowa”.

Polska scena polityczna nadal była podzielona na dwa obozy. Jedni chcieli wciąż trwać przy Austrii i Niemcach. Po akcie 5 listopada 1916 r. powołano Tymczasową Radę Stanu, która w 1917 r. się rozwiązała, a zastąpiła ją Radą Regencyjną. To była namiastka polskiego rządu, ale posiadająca małe uprawnienia. Zaczęto tworzyć Polską Siłę Zbrojną, ale nie było chętnych do wstępowania w jej szeregi. Włączono do niej Legiony, co wielu osobom się nie podobało.

W lipcu 1917 r. doszło do tzw. kryzysu przysięgowego. Żołnierze I i III brygady odmówili złożenia przysięgi na wierność cesarzowi niemieckiemu. Zostali za to internowani. Był to pretekst, jaki wykorzystał Józef Piłsudski, by zerwać z państwami centralnymi. Wcześniej podobną przysięgę składano cesarzowi austriackiemu bez większych oporów. W Radomsku jedni takie działania legionistów potępili, inni pochwalali. Znowu podziały ogólnopolskie znalazły swoje odzwierciedlenie w naszym środowisku. Generalnie jednak werbunek do tworzonej polskiej armii został zahamowany.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości