- Mam już swoje lata i niejedno widziałem, ale to, co wydarzyło się wczorraj w Warszawie, to powrót do czasów komuny - mówi pan Ryszard, który był jednym z około 300 aresztowanych. - Jesteśmy o krok od państwa policyjnego.

- Ten, kto dowodził akcją, doskonale wiedział co robi - mówi Gazecie radomszczanin, który był jedym z uczestników wczorajszego protestu przedsiębiorców. W stolicy uczestnicy protestu domagali się zniesienia obostrzeń spowodowanych epidemią koronawirusa. - Ten protest został przez sąd uznany za legalny, a przez policję na miejscu już nie. Kiedy rozległo się wezwanie do rozejścia, bo zgromadzenie jest nielegalne, a jeśli trzeba będzie, to użyją środków przymusu bezpośredniego, poczułem ciarki na plecach. Jakbym cofnął się w lata 80. - opowiada.
Pan Ryszard mówi, że momentami policja zachowywała się agresywnie. - Zrobili to fachowo. Szybko rozbili nas na małe grupki, a potem było im już łatwiej. Byłem blisko Pawła Tanajno (kandydat na prezydenta RP - dop. red.). Widziałem jak ludzie go chcieli obronić, trzymali go, ale policjanci i tak im go wyrwali. Widziałem też, jak w pewnym momencie tłum wciągnął jednego z policjantów, młodego chłopaka. Kiedy został sam miał w oczach przerażenie. Mundurowi szybko go odbili. Ale swoje na pewno przeżył.
Radomszczanin nie stawiał oporu. - Zachowywałem się spokojnie, więc mnie nie szarpali. Zawieźli mnie do Wołomina. Chceli ukarać mandatem za udział w nielegalnym zgromadzeniu. Po kilku godzinach mnie wypuścili. Z Wołomina dostałem się na Dworzec Główny w Warszawie, a stamtąd wróciłem z kolegą do domu.
Na koniec pan Ryszard dodaje, że momentami było bardzo groźnie, przypomniały mu się zajścia z protestów robotników, w których brał kiedyś udział albo był świadkiem, ale i tak pojechałby protestować jeszcze raz. Bo w olnym kraju każdy ma do tego prawo. - Przynajmniej miał do niedawna - kończy rozmowę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze