Reklama

Tęsknota okazała się silniejsza. Kobiety z Ukrainy postanowiły wrócić. Boją się, ale są z mężami i ojcami

Pani Rita z Michałopola w gminie Gidle, jak wielu mieszkańców powiatu i Radomska, nie zastanawiała się ani chwili, kiedy okazało się, że trzeba im pomóc. Oddała im swój dom i serce. Bo, jak mówi, to już jej rodzina. I trochę przykro jej, że wyjechali, ale wierzy, że znów się z nimi spotka. Ma przecież zaproszenie.

Wojna wypędziła z domu kilka milionów ukraińskich kobiet i dzieci. Bo to one w zdecydowanej większości przyjechały do Polski uciekając przed rosyjską inwazją. Ich mężowie, ojcowie i synowie wciąż walczą.

Larysa z Kołomyi podczas rozmowy ósmego dnia od wybuchu wojny patrzyła w podłogę i obejmowała ramionami, jakby chciała się w schować przed światem. A przy tym była konkretna i skoncentrowana. Bo odpowiedzialna za wszystkich. A uciekło sześć dorosłych kobiet z dziećmi, w sumie była ich tu dwunastka.

Reklama

Larysa, jej synowa Ola z dziećmi, pięcioletnim Zaharem i sześcioletnią Zlatą. I córka Larysy Mariana z dwuletnią Anną i pięcioletnią SofiąArsen, syn Larysy, ma 16 lat. Przyjaciółka rodziny Viktoria uciekła z dwuletnim Saszą. A szwagierka Viktori Oksana z sześcioletnią Tanią. Kilka dni później dołączyła do nich koleżanka Diana.

- Widać było, że im bliżej świąt, tego naszego przedświątecznego krzątania, jest im coraz trudniej. Tęsknota stawała się coraz trudniejsza do zniesienia - opowiada pani Rita. - One oczywiście zawsze były twarde, bo przecież dzieci nie mogą widzieć, że płaczą, ale to kobiety, które muszą unieść bardzo dużo. Z jednej strony opanować strach swoich dzieci, z drugiej swój strach o bliskich, którzy zostali w Ukrainie. A przecież mają kontakt, piszą do siebie, rozmawiają, jeśli tylko tam jest Internet i możliwość. One mogły i robiły to często. 

Reklama

Tutaj dni podobne do siebie, przyszłość, której nikt nie potrafi przewidzieć. Tam wojna i strach, czy bomby właśnie nie spadają na ich domy.

- Myślałam, że spędzimy święta razem, że przy stole będzie tłok. Pewnie ta wojna by nad nami wisiała, i oczywiście będzie wisieć, ale zżyłyśmy się tak mocno, rozmawiałyśmy tak długo, że to już część mojej rodziny. 

Larysa w zeszłym tygodniu poprosiła panią Ritę o rozmowę.

- I powiedziała, że część z nich, większość, bo w sumie 10 osób, wyjeżdża. Większość do Ukrainy, do domu. Dwie osoby postanowiły pojechać do Anglii. A Larysa z Arsenem chcieli zostać. Ta dziesiątka wyjechała samochodami w sobotę 9 kwietnia. Było sporo łez przy pożegnaniu.

Reklama

Larysa i Arsen wyjechali we wtorek 12 kwietnia. Ona jest nauczycielką i prowadziła zdalnie lekcje dla uczniów w swoim mieście. - Okazało się jednak, że została bez pieniędzy, ponieważ, żeby otrzymać pensje, musi wrócić. Pojechali. Na szczęście u nich Rosjan nie ma, na ulicach nie toczą się żadne walki.

Pani Rita ma z nimi kontakt. - I opowiadają, że cały czas są alarmy bombowe. I bardzo się boją. Ale wolą być tam, z bliskimi. I że mają nadzieję, że wojna szybko się skończy, a wtedy będę mogła je odwiedzić. Bo nie wyobrażają sobie, że do nich nie pojadę. Ja też nie.

Reklama

 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości