- Sam przyszedł, to sam pójdzie - tak nam powiedziała jakaś pani z urzędu miasta, mówią Gazecie.

Przyszedł jakiś tydzień temu, od strony wiaduktu, czyli ul. Brzeźnickiej. Podwórko jest dość długie, sięga do ul. Żeromskiego. W jego końcu rośnie sporo drzew i krzaków, jest się gdzie schować i co zjeść. Zresztą jelonek korzysta nie tylko z trawy, dobiera się też do tego, co wyrosło w ogródku.
- I dlatego musiałem go ogrodzić, bo mi się już do szczawiu zabierał - śmieje się pan Sławomir. I opowiada o tym, że o dzikim zwierzęciu na podwórku w centrum miast poinformowany został Urząd Miasta. - Przyszła jakaś pani, popatrzyła i stwierdziła, że skoro jelonek sam przyszedł, to i sam sobie pójdzie. Nie trzeba nic robić. Tylko, że mijają kolejne dni, a on jakoś odejść nie chce. Może dlatego, że nasyp jest wysoki, w tę stronę skoczył, ale już wydostać się nie potrafi. Poza tym, czy ktoś pomyślał, że jeśli nawet mu się uda, to może wpaść pod samochód? Po wiadukcie jeździ ich bardzo dużo. A jeśli nawet zwierzę nie zostanie potrącone, to kierowca może wykonać manewr, który skończy się zderzeniem z innym autem albo latarnią i nieszczęście gotowe.
- O każdej takiej sytuacji, a mamy ich w mieście coraz więcej, informujemy powiatowego lekarza weterynarii - mówi Gazecie Jacek Paul, naczelnik wydziału porządku i bezpieczeństwa w Urzędzie Miasta. - O tej także. To lekarz podejmuje decyzję. Zdecydował, żeby nic nie robić, zwierzę odejdzie samo, jest zdrowe i silne, da sobie radę.
Naczelnik Paul dodaje, że jeszcze kilka lat temu dzikie zwierzęta trzymały się z dala od ludzi, teraz coraz mniej się nas boją, i dlatego przychodzą tu, gdzie łatwo o pożywienie.
- Nie wiem dlaczego nie można jelonka złapać i odstawić do lasu, gdzie jest jego miejsce. Przecież nie może tu mieszkać, w końcu urośnie i stanie się niebezpieczny - dodaje pan Sławomir. - Teraz jest mały i słodki, miło patrzeć jak chodzi po podwórku i się pasie, ale przecież to dzikie zwierzę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze