I wtedy widzę dziewczynę. Leży na plecach, oczy zamknięte, wygląda na nieprzytomną. Koło niej trzech ludzi z obsługi. Nieco dalej ktoś przez radiotelefon wzywa karetka. Moja wyobraźnia pracuje. Widzę siebie leżącego na poboczu i mijających mnie biegaczy. Myślę: nie szarżuj.

Kiedy staje się po raz pierwszy na starcie półmaratonu, to… Nie. Inaczej. Kiedy stanąłem po raz pierwszy na starcie półmaratonu, w głowie miałem jedną myśl: czy dam radę. Czy dam radę dobiec do mety? Zresztą towarzyszyła mi od kilku miesięcy, od kiedy, nieco jako przypadkiem, zacząłem biegać. Damian pisze te moje treningi, ja je wykonuję i zdaję mu relację. „Treneiro” z pokerową twarzą odpisuje, że jest ok. I tyle. Do kolejnego treningu. A ja do tamtej niedzieli w Warszawie nie wiedziałem, czy jestem odpowiednio przygotowany. Założenie, że pobiegnę półmaraton w mniej niż dwie godziny, kiedy już wrzuciłem karteczkę z zobowiązaniem do słoika, wydało mi się nagle zbyt wielkie. A Damian na każde moje biadolenie, że źle mi się biegało na treningu i na pewno się nie uda, odpowiadał: dasz radę. Oczywiście z wciąż pokerową twarzą i lekki uśmieszek.
Niedziela, piękna pogoda do biegania. Tak mówią Damian i Piotrek. Biegowi wyjadacze. Z wielkim doświadczeniem. Dzisiaj wiem, że to właśnie brak doświadczenia powodował moje obawy. Damian jeszcze kilkadziesiąt minut przed startem informuje nas o trasie, gdzie podbieg, jakie zakręty, gdzie uważać. Ogólnie trasa lekka i przyjemna, świetna na debiut. Łatwo mu mówić.
Wokół tysiące roześmianych ludzi, jedni się rozgrzewają, inni rozmawiają, są też i tacy, którzy wyglądają na spiętych. Ja na pewno zaliczam się do tej ostatniej grupy i z daleka widać, że jestem nowy. Obok mnie moja żona, uśmiechnięta, wspiera mnie i cały czas dokumentuje, fotografuje. Jest niesamowita. W tym momencie nie potrafię jeszcze docenić, że jest obok mnie. Jestem za bardzo zes...ny, bo inaczej tego określić nie można.
W końcu idziemy na start. Szukamy swoich stref. Ostatnie życzenia powodzenia, poklepanie po ramieniu, i nagle zostaję sam w tłumie ludzi. W strefie na 2 godziny. I wciąż ta myśl. Co będzie jak przyjdzie kryzys? Damian tyle razy powtarzał, że trzeba biec, a nie iść. Byłoby wstyd.
Na razie był „Sen o Warszawie” i wystartowali wózkarze, po nich elita. Włączam zegarek, za chwilę żałuję, bo widzę, że samo dotarcie do mety zajmie dłuższą chwilę. Zajmuje 8 minut. Przekraczam linię startu i nareszcie zaczynam biec. Po kilku metrach słyszę głos pacemakera, który toruje sobie drogę. Za nim, jak kaczątka, trzyma się spora grupka biegaczy. Rozmawiają z nim, chcą być jak najbliżej. To mój punkt odniesienia - myślę. Jeśli nie stracę go z oczu, dam radę. I będą dwie godziny. Ruszam za nimi. Co chwilę ktoś trąca mnie łokciem, na pierwszym zakręcie w prawo tracę do niego kilka metrów. Tempo, które dyktuje, wydaje się być ok. Jednak jako asekurant myślę sobie, jak będzie za ostro, odpuszczę, żeby nie pęknąć. Wolniej, ale do mety. Po kilometrze czuję się już rozgrzany, nogi zaczynają pracować jak na treningu. Spojrzenie na zegarek nic nie mówi, bo włączyłem za wcześnie. Dopiero po drugim kilometrze widzę, że tyle biegałem na treningach.
Pierwsza piątka wchodzi dość dobrze. Trzymam się grupy, kiedy trzeba przepycham do przodu, bo co jakiś czas trzeba minąć kogoś biegnącego wolniej, a jeśli się tego nie zrobi, to się utyka na dłuższą chwilę i chorągiewka z 2:00:00 szybko ucieka. Potem trzeba gonić i boję się, że na końcówkę może zabraknąć sił.
Pacemaker pokrzykuje, motywuje: głowy do góry! Nie słyszę oddechów! Oddychać! Zobaczycie, że to się wam opłaci! Piąty jest wasz!
I jeszcze: woda po prawej! Przed startem zjadłem żel, choć wciąż nie umiem powiedzieć, czy to na mnie działa, czy nie jednak nie ma żadnej różnicy. Teraz myślę o tym, żeby się nie odwodnić. No to do stolika. Jakie zamieszanie! Nie spodziewałem się tego, pomyślałem, że wszyscy będą zbiegać na prawo i jeden za drugim brać kubeczki. Nic z tego. To walka o ogień. Ktoś odrywa mi numer startowy od koszulki. Nawet się nie obejrzał, już biegnie dalej. Na szczęście to tylko jedna agrafka. Nie przypnę jej, bo jak, za to co jakiś czas będę ręką sprawdzał czy numer jeszcze jest. Głowę mam cały czas w górze. Szukam wzrokiem pacemakera. Wydawało mi się, że wszystko trwało chwilę, a chorągiewka bardzo się oddaliła. Może nie panika, ale jednak strach. Muszę gonić. I gonię prawie kilometr, do końca mostu. Zegarek pokazuje, że było szybko, oczywiście jak na mnie, około 5 minut. Oby pary nie zabrakło na 21.
Uspokajam oddech i postanawiam, że teraz będę co najwyżej w trzecim szeregu za pacemakerem, a najlepiej jeszcze bliżej. Wzrok mam utkwiony w jego plecach. Nie rozglądam się na boki. Pozwalam sobie na to, kiedy przy trasie są zespoły, bębniarze, kibice, którzy głośno krzyczą. Nie mogę się dekoncentrować. Dziesiąty jest wasz! Robię, krótki rachunek. Oddech w miarę spokojny, tętno koło 170 (w poniedziałek Hubert powie: Uuu… Za wysokie…), z takim biegałem, nogi czują wysiłek, ale nie są jakoś strasznie zmęczone. Ręce? Czuję, ale w normie. Były lekkie podbiegi, ale tak jak mówił Damian, do wzięcia.
I wtedy widzę dziewczynę, która leży na plecach, oczy zamknięte, wygląda na nieprzytomną. Koło niej trzech ludzi z obsługi, ktoś unosi jej nogi. Nieco dalej ktoś inny przez radiotelefon mówi, że potrzebna karetka.
I ta moja wyobraźnia. Widzę siebie leżącego z boku trasy i mijających mnie biegaczy. Nie szarżuj, a wszystko będzie dobrze.
Piętnasty jest wasz! Głowy wysoko! No jest. To teraz drugi żel. Na ósmym chwyciłem drugi isotonik i po raz drugi wypiłem tylko połowę, bo resztę rozlałem. Opracowałem swój system. Duży łyk, trzymam w ustach, i po kilku krokach przełykam. Udaje mi się nie zachłysnąć. Ale dużo się też nie napiłem (w poniedziałek na treningu w hali Zbyszek pokaże mi jak zgnieść kubeczek i wygodnie się napić). No to teraz żel. Zjadam. Jest słodki. Co z opakowaniem? Przecież nie rzucę na ziemię. Chowam razem z telefonem i potem wszystko będzie się kleić, dłonie też. Umyję je na kolejnym wodopoju (a Hubert w poniedziałek powie: na 15? Za późno, na 8 się bierze).
Jeszcze dextro (tabletka -cukier prosty, czyli zastrzyk energii) na ostatnim punkcie żywieniowym, łapię dwa od ostatniej pani z obsługi, jeszcze metr i musiałbym obejść się smakiem. Ok, tylko jak to cholerstwo wyjąć z tej folii? Radzę sobie trochę zębami i zjadam. Słodko w ustach, ale kopa energii nie czuję. Jestem jakiś zepsuty?
Jeśli ktoś chce 1:58 to ostatnia szansa! - krzyczy pacemaker. Ostatnie kilka kilometrów biegłem obok niego. Dam radę? Jak nie spróbuję, to skąd będę wiedział. Zaczynam szybciej przebierać nogami. Ostrożnie, żeby sprawdzić, czy mięśnie nie zaczną jakoś mocno boleć. Nie bolą. Jest coraz luźniej, co chwilę kogoś wyprzedzam, sam jestem wyprzedzany. Ile jeszcze do mety? Przyspieszyć bardziej czy trzymać tempo?
Przed wbiegnięciem do tunelu kurtyna wodna. Miły chłodek, ale mogłaby być dłuższa, albo bardziej intensywna. I wreszcie tunel. Piotrek mówił, że będą krzyczeć. Nie krzyczą. Słychać uderzenia butów o asfalt i oddechy biegnących. Dźwięk odbija się od ścian. I nagle ktoś zaczyna ryczeć, a za nim kolejni. Hałas, który mi się nie podoba, i który trudno mi znieść. Następnym razem biegnę górą. Jeśli będzie następny raz, bo na razie to jeszcze nie dobiegłeś - ta myśl powoduje, że znów koncentruję się na tempie. Pacemaker mnie nie minął, więc w teorii jestem cały czas w limicie.
Po drodze kolejny nieprzytomny. Wygląda strasznie, zero kontaktu, owinięty w złotą folię. Jakaś dziewczyna polewa mu twarz wodą. Jak on biegł, że prawie umarł? Nie czuł, że to za szybko? A może kryzys przychodzi nagle i nie masz nic do powiedzenia?
Mój dopadł mnie na 18. Nie był jakiś ogromny, ale przez chwilę poczułem się mocno zmęczony i pomyślałem, że już wystarczy. Obok mnie ktoś już idzie zamiast biec, może też zrobić przerwę? Nie, Damian byłby zły. Przebieraj nogami.
Po tunelu gdzieś tam z przodu widać jakieś balony. Czerwony New Balance. Czy to meta? Tak blisko? Nie, to ten następny biały. Spróbować przyspieszyć? Tylko że już wiele nie zyskam, a Damian tyle opowiadał, że na metę trzeba wbiegać z fasonem.
No to wbiegam. Kiedy ją przekraczam przez chwilę mam ochotę się rozpłakać. Serio. Udało się, zrobiłem to. Nie wierzyłem, a zrobiłem. I żyję. Nie będę przecież się rozczulał. Wyłączam zegarek i zastanawiam jak sprawdzić, czy karteczka ze słoiczka jest jeszcze aktualna.
Dzwoni moja cudowna żona Aneta. Jesteśmy przy fladze, znajdziesz nas. Aga cię wyprzedziła, a ja wygrałam szampana.
Idę dalej i natykam się na Agnieszkę. Gazela, tak o niej mówimy w Rozbiegajmy Radomsko, startowała za mną, dogoniła mnie tuż przed metą, a w czasie wyprzedziła już dawno. Jest niesamowita. Wielki szacun. Ona się chyba urodziła do biegania.
Nie powiem, zazdroszczę. Męska duma daje o sobie znać. Myślę, że może mogłem dać z siebie więcej. Wyszedł brak doświadczenia i takiego dystansu. Przebiegłem go pierwszy raz w życiu. I myślę, że nie ostatni.
A teraz czas na podziękowania. Po pierwsze mojej żonie, która zawsze we mnie wierzy i jest przy mnie. Bez niej nie ma mnie. Po prostu.
Po drugie Damianowi, który ze stoickim spokojem przygotowywał mnie do tego startu. I Piotrkowi, który też udzielał cennych wskazówek. Chłopaki robią świetną robotę. Szacun.
Pozostałym debiutantom, Agnieszce, Grześkowi, Danielowi. Zrobili świetne wyniki, a wspólne treningi to wielka przyjemność. Jak z całą ekipą RR. Oni udowadniają, że jeśli się chce, można wspólnie stworzyć wyjątkowe rzeczy.
Hubertowi, który opowiedział mi o chłopakach, namówił na przyjście na trening i wciąż namawiał do biegania. Cały czas mnie na coś namawia. Najpierw na dyszkę, potem na półmaraton, teraz ciśnie maraton. Powoli Hubert.
I na koniec. Ja namawiam was do wystartowania. Bałem się, ale dzisiaj wiem, że strach ma duże oczy. Było warto. Wam też się spodoba. Mojej żonie już się spodobało i zastanawia się, na który się zapisać. A nawet już się zapisała.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze