Reklama

Farsa w szpitalu: Pielęgniarka słucha audycji, lekarz udziela teleporady z gabinetu obok

Wchodzimy na SOR. Pielęgniarka słucha podcastu. Mówi, że musimy dzwonić do lekarza, on udzieli telefonicznej porady. Tu, w szpitalu, dzwonić? Niech tam, dzwonię. Mam wrażenie echa, jeden głos słyszę w telefonie, drugi z pokoju obok. W końcu nie wytrzymuję, rozłączam się, idę rozmawiać z lekarzem twarzą w twarz. Siedzi za ścianą. Potem pielęgniarka próbuje wkłuć się synowi w żyłę. Pięć razy próbuje. Wciąż słucha podcastu, widocznie ją wciągnął. Zabraliśmy się stamtąd, podjęliśmy ryzyko i z synem pojechaliśmy do Warszawy - tak mieszkający w stolicy radomszczanin relacjonuje wizytę w szpitalu w Radomsku

Janusz Kucharski, jk@radomszczanska.pl 

Reklama

Jest piątek 4 czerwca, godz. 19.30. Pan Robert z żoną i synem Kacprem jadą do radomszczańskiego szpitala, na Szpitalny Oddział Ratunkowy. 13-letni chłopiec jest bardzo odwodniony.

Może na przyszłość

Pan Robert na początku naszej rozmowy zaznacza, że robi to dlatego, żeby taka sytuacja nie przydarzyła się innym dzieciom i ich rodzicom. Co o tym wszystkim myśli - jak podkreśla, powściągając emocje - opisał na Facebooku.

Kacper urodził się w 2008. Z przepukliną oponowo-rdzeniową i z rozszczepem kręgosłupa. Najpierw był na żywieniu pozajelitowym, teraz na dojelitowym. - Tych jednostek chorobowych u Kacpra jest naprawdę bardzo dużo. Na szczęście ostatnio jest lepiej, bo ostatni raz, nie licząc tego z piątku, w szpitalu byliśmy półtora roku temu. Jak na nas to naprawdę duże osiągnięcie.

Reklama

Pan Robert i jego żona pochodzą z Radomska, ale od 14 lat mieszkają w Warszawie. Pracują tam i łatwiej im o opiekę dla Kacpra. Są stałymi bywalcami Centrum Zdrowia Dziecka. Mają jeszcze córeczkę.

Żona z dziećmi przyjechała na długi weekend do rodziców. Stan Kacpra pogorszył się w czwartek 3 czerwca.

- Miał bezdechy, co zdarza mu się najczęściej przy zmianie pogody. Dla nas sytuacją trudna, ale nie nowa, wiemy co robić. Jednak w piątek było dużo gorzej. Doszła biegunka, z godziny na godzinę tracił siły. W tym czasie dojechałem z Warszawy. Podłączyliśmy synowi przez pompę do brzucha elektrolity i glukozę. Na jakiś czas to pomogło. Niestety, tylko na chwilę.

Reklama

 

13-letni Kacper choruje od urodzenia

Trzeba było podjąć decyzję. - Jechać od razu do szpitala w Warszawie, czy szukać pomocy na miejscu, dosłownie po drugiej stronie ulicy. Stan Kacpra był na tyle zły, że uznaliśmy, iż jazda do Warszawy to zbyt duże ryzyko. Zdecydowaliśmy, że jedziemy na SOR w Radomsku.

Tu nie ma pediatrii

- Chodziło o to, żeby go nawodnić kroplówkami, by jego stan poprawił się na tyle, że mógłby spędzić kilka godzin w samochodzie. Weszliśmy na SOR i od razu usłyszeliśmy, że nie ma pediatrii i nikt nam nie pomoże.

Reklama

Pan Robert mówi, że to, iż oddział dziecięcy został przekształcony w covidowy, jest jak najbardziej zrozumiałe. Tylko, że oni nie musieli o tym wiedzieć. W końcu na co dzień mieszkają w Warszawie, a nie w Radomsku. No i sytuacja była nagła.

- Pielęgniarka, którą zawołał pielęgniarz, zaczęła na nas krzyczeć. Po co w ogóle tu przyjechaliśmy, tu nie ma oddziału, trzeba było wezwać karetkę. OK, pediatrii nie ma, ale podanie dziecku kroplówki z soli fizjologicznej to chyba nie jest strasznie skomplikowana procedura medyczna? Tego nie musi zlecać wybitny specjalista pediatrii. Zamiast tego usłyszeliśmy, że czynne są oddziały dziecięce w Bełchatowie i Częstochowie. Pytam, czy pielęgniarka widzi, w jakim stanie jest syn? Kto będzie odpowiadał, jeśli stanie się coś w drodze? Odpowiedziała, że to nasza wina, bo za długo zwlekaliśmy. Trudno było powstrzymać się przed emocjonalną reakcją.

Reklama

Ojciec chłopca zastanawia się, co by usłyszeli, gdyby Kacper był w lepszym stanie. - Pewnie by nas, za przeproszeniem, spuścili - mówi.

Po kilku ostrych zdaniach rodzice Kacpra usłyszeli, że mają wyjść z SOR, wrócić do głównego wejścia do szpitala i iść do lekarza, który zdecyduje, co dalej. 

Teleporada z echem

- Tak zrobiliśmy. W gabinecie zabiegowym siedziała pielęgniarka, która słuchała podcastu na temat szczepień. Podała nam numer telefonu, na który mamy zadzwonić.

Pan Robert nie krył zaskoczenia. - My mamy dzwonić? Tutaj? W szpitalu? Tak, usłyszeliśmy, lekarz udzieli teleporady.

Reklama

W końcu pan Robert wstukał podany przez pielęgniarkę numer.

- W słuchawce miałem wrażenie stereo. Słyszę lekarza w telefonie i lekarza, który mówi dokładnie to samo, siedzącego dwa gabinety dalej. Sytuacja absurdalna, kosmiczna wręcz.

Nie wytrzymał. Rozłączył się i wszedł do gabinetu kilka metrów dalej.

- Pan doktor powiedział, żeby Kacpra zarejestrować. Pani pielęgniarka wprowadziła dane do komputera, i mogliśmy wejść do gabinetu lekarskiego. A tam usłyszeliśmy, że oni nic nie mogą zrobić. No, może poza wypisaniem skierowania. Kiedy poprosiliśmy chociaż o kroplówkę, padła odpowiedź - tu cytat: my tu takich rzeczy nie robimy, poza tym kroplówek nie mamy.

Reklama

Pan Robert spojrzał na żonę, ona na niego. - Jak to nie macie? Na pewno jesteśmy w szpitalu?

Pan Robert mówi, że się nie poddawali i w końcu pod ich presją lekarz powiedział pielęgniarce, żeby jakiejś poszukała.

Trzeba się wkłuć

- Znalazła się półlitrowa butelka soli fizjologicznej. To kropla w morzu potrzeb, ale może na drogę wystarczy. I wtedy zaczęła się historia z wkłuciem.

Tata Kacpra opowiada, że pielęgniarka wciąż słuchała podcastu, musiał ją bardzo wciągnąć. Trudno też stwierdzić, czy to przez niego nie mogła znaleźć żyły, w którą mogłaby wbić igłę. - Wiem, że to trudne zadanie, bo przez choroby, które ma Kacper, jest trudnym pacjentem. Jego żyły nie są w najlepszym stanie. Nie widzieliśmy jednak, żeby pielęgniarka miała pomysł, by zawołać kogoś bardziej doświadczonego, skonsultować się. Kiedy nie udało się jej za piątym razem, uznaliśmy, że zmarnowaliśmy tu już bardzo dużo czasu i bylibyśmy w połowie drogi do innego szpitala. Podziękowaliśmy za kroplówkę, wzięliśmy na siebie to ryzyko i wsiedliśmy w samochód.

Reklama

Była godzina 20.30.

- Od razu zadzwoniliśmy na oddział w szpitalu w Warszawie, żeby wiedzieli, że jedziemy. Podjęliśmy świadomie to ryzyko, bo wiedzieliśmy, że tu w Radomsku nie czeka nas już nic dobrego. Kiedy poprosiliśmy o karetkę w Radomsku, powiedziano nam, że to tak nie działa i trzeba było dzwonić po pogotowie, wyglądałoby to inaczej.

Lekarz z Warszawy poinformował rodziców, że powinni jechać do najbliższego szpitala. Jak mówi pan Robert, założenie było takie, że jeśli stan Kacpra będzie się pogarszał, będą szukać najbliższej placówki. A teraz kierują się na Warszawę.

Reklama

- Na szczęście udało się szczęśliwie dojechać. Droga spod jednych drzwi w Radomsku pod drugie w Warszawie zajęła nam dokładnie godzinę i 55 minut. Mam nadzieję, że żaden mandat nie przyjdzie, ale to nie jest w ogóle ważne. Ważne, że Kacper otrzymał fachową pomoc. Okazało się, że tydzień wcześniej ważył 25,5 kg, a w momencie przyjęcia na oddział 22,5 kg. Szybko się odwadniał. Na szczęście sytuacja jest już opanowana. Kacper jest na antybiotyku, otrzymał wszystkie niezbędne leki i kroplówki. Właśnie dzisiaj przed chwilą (rozmawiamy w poniedziałek po 13 - dop. red.) usiadł z powrotem na wózku. Powoli wraca do sił.

Chciałem ograniczyć emocje

Reklama

- Starałem się powściągnąć emocje, choć czasem trudno jest ich z siebie nie wyrzucić - mówi pan Robert o poście, który zamieścił kilka godzin później. Był szeroko komentowany.

- W tych komentarzach widać było, że takie postępowanie ludzi na SOR-ze nie jest wyjątkiem. Zdaję sobie sprawę, że to często nie jest ich wina, jestem w stanie wczuć się w ich sytuację. Zawodzi system. Mają tak wielu pacjentów, że trudno czasem to opanować. Ale, z drugiej strony, to taki zawód, że aby go wykonywać rzetelnie, dobrze jest mieć choć trochę empatii. I umieć ocenić sytuację. Bo to nie był prosty przypadek, kiedy przychodzi rodzic ze zdrowym dzieckiem które ma biegunkę, co też dla tego dziecka jest zagrożeniem. Jednak skala jest nieporównywalna do tego, co dotyczy Kacpra, dziecka skrajnie obciążonego. Dla niego taka sytuacja jest zagrożeniem życia.

 

Wysłaliśmy do Szpitala Powiatowego pytania dotyczące tej sytuacji. Zapytaliśmy, jakie są procedury, pytamy też o zachowanie pielęgniarki i lekarza. Czekamy na wszystkie odpowiedzi. Na razie wiemy tyle, że sytuacja z powodu Covid-19 wymusza inne procedury. Lekarz przyjmując pacjenta musi założyć odpowiedni kombinezon, bo zawsze istnieje ryzyko zakażenia. Stąd rozmowa telefoniczna.

- Jesteśmy w trakcie konsultacji, co z tą sytuacją dalej zrobić - mówi pan Robert. - I bardzo prawdopodobne, że złożymy skargę do Narodowego Funduszu Zdrowia. A jeśli jeszcze raz będziemy w podobnej sytuacji i potrzebna będzie szybka pomoc, szpital w Radomsku ominiemy. Od razu pojedziemy do Centrum Zdrowia Dziecka.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości