Nie będzie już skrzyżowania ulic Leszka Czarnego, Armii Krajowej i Kasztelańskiej. Teraz będzie tam rondo.
W środę 26 marca w okolicy budowy rodna nie było wody. Uczniowie I LO mieli wolne, wolne mieli pracownicy starostwa, a mieszkańcy bloków dowiedzieli się od Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej, gdzie spółka podstawi beczkowozy z pitną wodą. Bo tej w kranach nie będzie do wieczora.
- I ja to rozumiem. Rozumiem, że trzeba wodę z rur spuścić, że trzeba zamknąć zawory i nowe rury do sieci podłączyć - mówi Gazecie mieszkaniec jednego z bloków przy Leszka Czarnego. - Inwestycje mają swoje konsekwencje. Dobrze, że te ulice remontują i to rondo budują. Martwi mnie coś innego.
Radomszczanin opowiada, że około 18 w kranach znów pojawiła się woda.
- A właściwie to, co ją przypominało. Ruda, brudna ciecz nienadająca się do niczego. I tak sobie leciała, leciała i leciała. I oczywiście przez nasze liczniki leciała. I tu pytanie pierwsze, kto za to płaci? No my za to płacimy. Czyli to się odbywa naszym kosztem. W końcu zaczęła lecieć przezroczysta. I tu drugie pytanie, już nie ruda, ale czy na pewno bezpieczna? Co ona z tych rur ze sobą zabrała? Czy ktoś to bada? Dlaczego spółka albo miasto nigdzie nie informują, czy woda jest bezpieczna?
Nasz Czytelnik podkreśla, że jeśli coś by w tej wodzie było groźnego, to nie musi zadziałać od razu.
- Z kałuży się człowiek napije i też przeżyje, ale przecież to nie jest bez wpływu na zdrowie. W każdym razie ja bym bardzo chciał, żeby ktoś na te pytania odpowiedział. Ktoś, kto się tym rondem i zamykaniem wody zajmuje. Chyba mieszkańcy mają prawo znać odpowiedzi?
Robert Kosela, kierownik zakładu wodociągów, wyjaśnia, że powstaje rondo i trzeba było inaczej poprowadzić rury. A to oznaczało, że trzeba było wodę wyłączyć. I że nie ma innej technologii, ale, jak podkreśla, brudna woda z kranów po wznowieniu jej dostaw leci tylko chwilę. Wystarczy minuta lub dwie. I nie stanowi ona zagrożenia dla zdrowia czy życia. Jest chlorowana i badana, więc nasz Czytelnik nie powinien mieć żadnych obaw. Inaczej się tego zrobić nie da.
A co do kosztów, to rzeczywiście, są one po stronie klienta. W sensie, płaci za wodę, która przepłynęła przez licznik. Jednak jeśli wziąć pod uwagę, że metr sześcienny wody kosztuje 11 zł, a przez kilka minut popłynie jej, dajmy na to, nawet 200 litrów, to cały koszt to 2, maksymalnie 3 zł.
- Inaczej się tego zrobić nie da, możemy tylko za niedogodności przeprosić - mówi jeszcze raz. I dodaje, że każdy klient ma prawo reklamować rachunek. Był podobny przypadek, klient przedstawił stan licznika, pracownik PGK wyliczył, że do zwrotu są 3 zł.
- Klient z reklamacji zrezygnował - mówi Kosela.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze