Skazany z poselskim marzeniem [Sylwetka Witolda W.]

Dział: Aktualności
06/07/2019 - 11:12

Lubi pieniądze. Ma dwa marzenia: żyć na poziomie i dostać się do sejmu. To pierwsze realizuje najpierw jako biznesmen, potem - gdy powinie mu się noga w interesach - jako twórca piramidy finansowej. Drugiego już nie zrealizuje. Choć był blisko. Przez lata w PiS, trzy razy radny sejmiku wojewódzkiego. Od środy - skazany za wyłudzenie od 106 klientów 6,5 mln zł. Niektórzy mówią o nim: człowiek o dwóch twarzach. I dodają, że żadna im się nie podoba

Dwa razy dostawał się do Sejmiku Województwa Łódzkiego, raz wszedł tam za kogoś, kto zrezygnował z mandatu. Ale tak naprawdę zawsze chciał zostać posłem. Nie udało się i pewne jest, że to jego polityczne marzenie już nigdy się nie urzeczywistni.

- I dobrze, bo on zawsze był bardziej przedsiębiorcą, a nie politykiem. W polityce wyrachowany - mówi jeden z naszych rozmówców.

- Inna sprawa, że skuteczny to on nigdy nie był. Nie miał do tego wyczucia, bo nie myślał jak polityk - mówi kolejny.

- Tak to jest, jak się liczy każdą złotówkę - słychać od innego. - Nie tylko złotówkę, ale każdy grosz potrafi z człowieka wycisnąć. O, tak, do tego talent miał.

Ten talent zaprowadził do na ławę oskarżonych.

Witold sala rozpraw

(Witold W na sali rozpraw w Piotrkowie Trybunalskim, marzec 2019)

Urodził się 17 sierpnia 1967. Od dawna trudno znaleźć kogoś, kto przyzna się oficjalnie do kontaktów z nim. Rozmowy owszem, ale nieoficjalnie. Odkąd zainteresowała się nim prokuratura i trafił do aresztu, lista znajomych szybko się kurczyła.

Swój biznes zaczynał od pożyczek. Głównie - na zakup samochodów. W tym biznesie czuje się dobrze. Firma się rozwija, ludzie potrzebują takich usług, jest z tego zysk. Otwiera biuro w Łodzi.

Kiedy pytamy o biznes, najczęściej słychać: potrafił to robić, nieźle z tego żył. Widać potrafił obracać pieniędzmi, żeby wycisnąć z nich jak największy zysk.

W pewnym momencie w Radomsku modne staje się kupowanie aut właśnie u W. Nie, nie otworzył salonu. Na plac koło jego biura trafiają samochody, które komornicy odbierają dłużnikom. Ceny są bardzo atrakcyjne. Klientów nie brakuje. Żeby trafić okazję za grosze, trzeba być czujnym.

Interes idzie dobrze do kryzysu 2008-2010. Bank wypowiada umowę, na podstawie której W. udziela pożyczek. Zostaje z długami, wkrótce ma ich ponad 2 mln. To właśnie wtedy wpada na pomysł: będzie pożyczał pieniądze od klientów na wysoki procent. Nawet 14, podczas gdy banki dają wtedy 2. Obiecuje świetną inwestycję, przekonuje, że ma patent. Klienci dają się nabrać. Później sędzia w ustnym uzasadnieniu wyroku powie, że W. wymyślił ten mechanizm, bo „brakowało mu pieniędzy na życie na poziomie".

Piszecie dla W.

Lata dwutysięczne. W mieście od lat swoją gazetę „Komu i Czemu” wydaje nieżyjący już Maciej Ziembiński. Kontrowersyjny, szukający skandalicznych tematów, nie zawsze sprawdzonych, ale nośnych. W. przejmuje tygodnik. Razem z redakcją. Któregoś dnia Ziembiński po prostu oznajmia, że nie jest już właścicielem. - Teraz piszecie dla W. - słyszą pracownicy.  

I piszą. Na początku jeszcze tak, jak chcą. Bez nacisków. Gorzej mają ci, którzy pracują w innej gazecie W., „Po prostu informacje”. Na początku to redakcja decydowała, co zostanie wydrukowane. Z czasem jednak W. zaczyna coraz mocniej naciskać. A to, co zostaje zlecone dziennikarzom, zależy od aktualnej sytuacji w mieście. Pracownicy słyszą wprost: w tym tygodniu trzeba przywalić temu i tej. Za tydzień ta sama osoba może być w gazecie chwalona i głaskana. A w kolejnym znów trzeba się do niej dobrać. Kiedy W. chce, trzeba robić aferę albo pisać laurkę.

Nie buduje to wiarygodności tygodnika. I nie o to chodzi. Celem jest promocja W. Nikt nie ma wątpliwości, że to jest jego celem. Pisze swoje cotygodniowe felietony. Później za łamy zostaje zaproszony także inny polityk PiS, europoseł Janusz Wojciechowski, z którym W. blisko współpracuje.

- To było frustrujące, bo nigdy nie było wiadomo jakie on ma plany i kiedy zechce je przedstawić - mówi nasz rozmówca o tym okresie działalności W. na lokalnym rynku prasowym.

Wtedy też W. zaczyna wykorzystywać gazety do reklamy swojej działalności. Także pożyczek. Interes kwitnie. Sprzedaż gazety nie tak bardzo, w pewnym momencie cena spada o połowę, potem W. decyduje, że tygodnik będzie bezpłatny. Poźniej „Po prostu informacje” będą się ukazywać nieregularnie, jeszcze później gazeta będzie wydawana okazyjnie, w trakcie kampanii wyborczych, by wreszcie zniknąć z rynku.

W mieście jest już znany. Politycznie najpierw wiąże się z PSL i PSL-Piast, potem trafia do PiS. Coraz częściej można go zobaczyć na zdjęciach z konferencji i briefingów prasowych. Czasem w towarzystwie znanych polityków, którzy przyjeżdżają do Radomska. Zwłaszcza przed wyborami.

W 2011 r. wydaje się, że poselski sen W. się spełni. Startuje w wyborach. Jest przekonany, że ma duże szanse na mandat. Nas rozmówcy mówią, że tylko on wtedy w to wierzył. Inni realnie oceniali sytuację. Politycznie ważne było wtedy, żeby wyciąć Krzysztofa Maciejewskiego. Podział w Prawie i Sprawiedliwości w Radomsku był już wtedy bardzo wyraźny. I udało się: W. odebrał głosy Maciejewskiemu, do sejmu nie wszedł żaden z nich.

W. marzeń nie porzucił. Widać go w mieście coraz wyraźniej. Trudno zresztą nie zauważyć, skoro na każdym zdjęciu, nawet gdyby stanął z tyłu, i tak nikt go nie zasłoni. 

W czerwcu 2015 r. W. i inna rozpoznawalna postać radomszczańskiego PiS Szymon Zyberyng mocno angażują się w walkę o prawa pielęgniarek zatrudnionych w szpitalu powiatowym. Związki zawodowe są w ostrym konflikcie z ówczesnym dyrektorem Radosławem Pigoniem. Pigoń nie zgadza się na podwyżki. - To niedopuszczalne, by pielęgniarka z 35-letnim stażem zarabiała 1600 czy 1800 zł brutto - mówi W. podczas konferencji prasowej przed szpitalem. Wtedy jest pełnomocnikiem PiS w powiecie radomszczańskim i radnym wojewódzkim tej partii w sejmiku łódzkim.

To wystąpienie jest grą polityczną z ówczesnym starostą Andrzejem Pluteckim, zawieszonym w prawach członka PiS.

Jego byli pracownicy wspominają, że w pierwszym okresie był dla pracowników bardzo dobry. Organizuje wspólne wyjazdy, wycieczki, integruje zespół. Jak najlepszy menadżer, który rozumie, że zadowolony pracownik to efektywny pracownik. Jednak W. ze skrajności wpada w skrajność. Przestaje pracowników szanować. A co jeszcze gorsze, przestaje płacić w terminie. Nas rozmówcy opowiadają, że najpierw opóźnienia były małe, potem trzeba było o wypłatę prosić. I było to upokarzające. Bo W. nie mówi, dlaczego nie płaci. Pracownicy słyszą: nie mam pieniędzy. Woleliby usłyszeć, że są trudności, trzeba trochę poczekać, ale wynagrodzenia zostaną wypłacone. Ok, rozumiemy, różnie bywa, poczekamy.

- A kiedy słyszysz: nie mam i już, człowiek czuje się jak szmata. Ile można to wytrzymać? Zwłaszcza, że trzeba z czegoś żyć - wspomina jeden z naszych rozmówców. Sytuacja nabrzmiewa na tyle, że niektórzy grożą sądem. To działa i W. płaci.

Pracowników boli jeszcze jedno: styl życia szefa. No to jak to jest? Nam nie płaci, mówi, że nie ma, a sam z rodziną jedzie na zagraniczne wczasy? Kupuje dzieciom drogie zabawki? Czyli pieniądze ma, tylko nie dla nas!

- Garnitur i koszula nie czynią kulturalnego człowieka, tak samo jak siedzenie w pierwszej ławce w kościele - słyszymy.