Rozmawiamy z Ukrainkami, które znalazły bezpieczne schronienie w Polsce, w powiecie radomszczańskim. Mają już za sobą przygotowania do Wielkanocy, którą prawosławni katolicy obchodzą tydzień później, właśnie teraz. Rozmawiały z nami Śniżana i dwie Andżele. Mieszkają teraz w jednym z miejsc prowadzonych przez Stowarzyszenie Centrum Pomocy „Panaceum”. Opiekuje się nimi i pomaga im Katarzyna Stępień
GAZETA RADOMSZCZAŃSKA: Jak na Ukrainie wyglądają przygotowania do Świąt Wielkanocnych?
ŚNIŻANA: - Każda gospodyni zaczyna przygotowywać się od Wielkiego Czwartku. Zaczyna się sprzątanie, praca zaczyna się już od wschodu słońca. Pracujemy do Wielkiego Piątku, Wielkiego Piątku. W piątek, nie robimy już praktycznie nic, poza karmieniem zwierząt, nie gotujemy nic do jedzenia, tylko pożywiamy się postnie jakimiś drobnymi rzeczami. W Wielką Sobotę przygotowujemy święconkę, malujemy pisanki, pieczemy ciasta i gotujemy.
ANDŻELA: - Wielkanocny koszyk składa się z pisanek, kiełbasy, jest woda, wkładamy też tam słodycze, cukierki i butelkę wina kościelnego. Wszystkie te pokarmy idziemy poświęcić, tak jak tu.
Co dalej, jak wyglądają święta?
ANDŻELA: - Panie odprawiają służbę w kościele, wszystkie kobiety chodzą do kościoła, odpowiednio ubrane, u nas niemożliwe jest, żeby kobieta w spodniach weszła do świątyni [śmiech]. Później świętujemy prawdziwe zmartwychwstanie.
Zostawmy na chwile święta. Czy macie kontakt ze swoimi bliskimi, którzy zostali na Ukrainie?
ANDŻELA: - Na Ukrainie zostało moich dwóch synów, jeden ma 22 lata, drugi 19. Dostali wezwania do wojska, żyją (pokazuje zdjęcia starszego syna, jest w mundurze polowym, z bronią - przyp. red.). Nie wiem, gdzie teraz są, nie mogą powiedzieć, maja zakaz informowania co i gdzie robią. Boją się podsłuchów, żeby nie zdradzać swoich pozycji. Walczą. Ze mną przyjechał najmłodszy syn, Dima. Bardzo tęskni za braćmi.
ANDŻELA: - Na Ukrainie został mój mąż, też nie mógł wyjechać. Mamy kontakt, prawie codziennie do siebie dzwonimy. Też nie wiem, co dokładnie się dzieje, cały czas u nas jest ostrzał, są naloty. Bardzo martwimy się o nich.
KATARZYNA STĘPIEŃ: - Jest sporo trudnych sytuacji, kiedyś dostały informacje, że tam, gdzie mieszkają mają być bombardowania, cały wieczór płakały, dzwoniły do bliskich dowiedzieć się, jak wygląda sytuacja. Trudno było patrzeć na to, jak się czuły, jak płakały, jak się zastanawiały, co będzie z domami, bliskimi, którzy zostali na Ukrainie. Tu, w większości są kobiety z dziećmi, starają się jakoś żyć, pomagają sobie, opiekują się dziećmi. Chcą znaleźć pracę, odwdzięczyć się za pomoc, jaką w Polsce dostały.
Wszyscy mamy nadzieję, że wojna wkrótce się skończy, co zamierzacie dalej robić, wrócić do domu, czy planujecie zostać w Polsce?
ŚNIŻANA: - Jesteśmy bardzo wdzięczni za zaproszenie. Jako goście mówimy taj, jak czujemy, ale naprawdę chcemy wrócić do domu. Nie wiem, czy będziemy mieli do czego wrócić, ale ja chcę wrócić. Będziemy od nowa wszystko robić, odbudowywać, ale wrócę to mój kraj i moje miejsce.
ANDŻELA: - Ja się zastanawiam, co robić. Na Ukrainie pracowałam na kolei, jeździłam pociągami, często do Polski, do Przemyśla, a później do siebie do Odessy. Nie wiem, co tam zostało, jak wszystko się w miarę uspokoi, to będę się zastanawiała co robić. Tu jest bezpiecznie, a tam nie wiem, co może mnie spotkać.
ANDŻELA: - Mój mąż też pracuje na kolei, jest maszynistą. A ja pracowałam w przedszkolu z dziećmi, uczę śpiewu i muzyki. Chciałabym wrócić i robić to samo. Może na razie w Polsce uda się znaleźć pracę, wiem, że tu, w gminie Gidle, chcą otworzyć świetlicę dla dzieci, naszych i Polskich, a muzyka jest międzynarodowa, więc mogę pracować z dziećmi. Później chcę wrócić, do domu, do rodziny.
KATARZYNA STĘPIEŃ: - Większość osób, które są tutaj chce wrócić. W tym tygodniu wyjechały już dwie panie, bo dostały informacje, ze w rejonie, gdzie mieszkają jest już spokojnie i mają do czego wracać. Pojechały. Były bardzo wdzięczne za pomoc, za wsparcie i przyjęcie jakie miały w Polsce. Mam nadzieję, że przyślą jakieś informacje, co się u nich dzieje.
Czy wiecie coś o działaniach wojennych na Ukrainie, jak to rzeczywiście wygląda? A nie jak wojnę przedstawiają media?
ŚNIŻANA: - Jest bardzo ciężko. Zdarzają się sytuacje, ze wrogowie wykorzystują dzieci, płacą im za informację. Najczęściej to separatyści, mówią takim samym językiem, więc dzieci nie wiedzą, czy to Ukraińcy, czy Ruscy.
Jak to wykorzystują dzieci, może pani powiedzieć coś więcej?
ŚNIŻANA: - Namawiają dzieci, żeby na przykład oznaczały cele do bombardowania specjalną świecącą farbą, mówią, że są Ukraińcami i chcą, żeby dzieci oznaczyły na przykład szpital dziecięcy, na dachu. A potem te cele są bombardowane. Dzieci nie wiedzą komu pomagają i dlaczego, są wykorzystywane. Teraz tam jest straszna bieda, więc każde pieniądze są potrzebne. To są kilkunastoletnie dzieci, nie wiedzą komu pomagają, nie wiedzą kto ich pyta o różne miejsca. Wiemy o wielu morderstwach, o zabijanych dzieciach, gwałtach i wielu innych rzeczach, które nie powinny się nigdy wydarzyć.
ANDŻELA: - Dlatego z jednej strony cieszymy się, że jesteśmy tu, bezpieczni, a z drugiej martwimy się, co będzie jak wrócimy i czy będziemy miały do czego wracać. Jak będzie wyglądało nasze życie, czy będziemy mieli gdzie mieszkać, pracować, wysłać dzieci do szkoły.
Rozmawiał Damian Noremberg
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze