- Jak to się podgłaśnia? - pyta nauczycielka. - Niech pani wciśnie alt i F4 - podpowiadają uczniowie i trudno im utrzymać powagę, bo wiedzą co się za chwilę stanie. Pani prowadząca lekcję wciska na klawiaturze wskazaną kombinację klawiszy i znika z ekranu, wszyscy mają ubaw, oprócz niej oczywiście - opowiada Paweł, nauczyciel w jednej z mniejszych podstawówek w powiecie. Kilkanaście minut wcześniej skończył prowadzić lekcje zdalnie, ale jeszcze nie skończył pracy na ten dzień

(Fot. Pixabay)
Wstaję tak, jak wstawałem przed koronawirusem. No, może trochę później, bo nie muszę jechać kilkudziesięciu kilometrów do pracy, zamiast tego muszę włączyć komputer w drugim pokoju. I tak, wiem, że są tacy nauczyciele, którzy ograniczają się do wysłania kilku maili dziennie. I mają czas dla siebie. Potem coś sprawdzą, coś odpiszą i kolejny dzień zdalnego nauczania odhaczony. Ale wiem też, że jest wielu takich, wierzę, że większość, którzy wstają rano, prowadzą lekcje online, sprawdzają prace domowe i przygotowują się na kolejny dzień. I zajmuje im to nie pięć, a dziesięć godzin. Nie żartuję.
Wszyscy to oglądaliśmy
To była środa, byliśmy w szkole. Na dużym monitorze włączyłem tę konferencję. Kiedy padły znamienne słowa, że od poniedziałku szkoły zamknięte, a od czwartku nie zaleca się wpuszczać dzieci, byłem zmieszany. No bo jak to, mamy wolne? Ale jak? Przecież jakieś lekcje chyba będą? Tylko nikt nie wiedział jak to ma wyglądać.
W czwartek dzieciaki były w mojej szkole, to od razu posadziłem je przed komputerem i zrobiliśmy próbę. Chciałem zrobić próbę. Zalogowały się na Teamsy (program do prowadzenia wideokonferencji - dop. red.). To było na wszelki wypadek, bo przecież wtedy o zdalnym nauczaniu nikt jeszcze nie mówił.
Przyznaję, że jestem gadżeciarzem i takie rzeczy i nowinki mnie kręcą, mam to więc opanowane. I dzięki temu byłem przygotowany. Przez pierwszych kilka dni codziennie po jakieś pół godziny się łączyliśmy. Pamiętam, że dzieciaki się skarżyły, że rodzice nie chcieli ich puścić na dwór. Tłumaczyłem, że skoro nie wolno, to nie wolno.
A potem powiedzieli, nauczajcie zdalnie. Tylko nikt cholera nie powiedział, nauczajcie używając tego i tego. A tak powinno być w normalnym kraju, że wychodzi minister i mówi, że specjaliści przetestowali i jest taka a taka platforma, tak się ją obsługuje, tu są materiały, z których można korzystać, i tak to ma wyglądać. Wszędzie. No i mamy wolną amerykankę. Każdy robi jak lubi albo jak mu się podoba. Minister zrzucił to na głowę dyrektorów. Niech sobie radzą.
Najprościej jest z Teams. Pakiet Office dla szkół jest za darmo, jego webowa wersja. Jest w nim wszystko co potrzebne do pracy, dla ucznia i nauczyciela. I w naszej szkole z tego korzystamy. Musiałem zrobić to, co powinno ministerstwo. Przygotowałem obrazkową instrukcję, co gdzie wpisać, gdzie kliknąć i co się wtedy stanie. Niektórzy moi koledzy nagrywali nawet filmiki. To poszło mailem do uczniów i nauczycieli. Żeby się nauczyli.
Czasem musiałem z niektórymi spędzić nawet godzinę, żeby dali radę. Dzisiaj już to ogarniają. Pewnie, że jedni od razu, a innym zajmuje to więcej czasu, bo niekoniecznie muszą lubić komputery. I mówię o nauczycielach, bo uczniowie w zdecydowanej większości sobie z tym radzą.
Tak, początki łatwe nie były. Telefony zaczynały się o ósmej rano, ostatnie odbierałem o 22. Dlaczego to nie działa? Tu nie ma takiego przycisku jak mówisz. A nie, rzeczywiście jest, przepraszam. A słuchaj, jak zrobić to czy tamto? W międzyczasie odpisujesz na maile i wiadomości na Messenger. Najprościej było zalogować się komuś zdalnie i pokazać mu to z domu, ale na jego sprzęcie. Bo program na to pozwala.
Zdecydowanie za dużo
Początki tego naszego e-learningu to jeszcze jedno. Proporcje. O co chodzi? O to, że nigdy tego nie robiliśmy, i niektórym trudno było przełożyć to, co robił przy tablicy, na to, co robi przez komputer. A to sprowadza się do tego, że dzieci zostały zarzucone pracą, tak, że trudno było się wyrobić. Dzisiaj, po miesiącu takiej nauki, jest lepiej. I dobrze, bo pewnie do końca roku szkolnego do szkół nie wrócimy.
Paweł odbiera telefon. Przez kilka minut tłumaczy koleżance zasady obsługi programu.
Z koleżanką na telefonie, z a uczniem na Messengerze w tym samym czasie, bo miał problem z wysłaniem pracy domowej, ale daliśmy radę. Zawsze dajemy.
Problemem dzisiaj jest wciąż, dla ucznia, to, że nauczyciele korzystają z różnych platform. I muszą wszystko sprawdzić codziennie, żeby niczego nie przeoczyć, bo ryzykują, że dostaną jedynkę za brak wypracowania czy zadania z matematyki, do których nawet nie zajrzeli.
Zoom, Messenger, Teams, Google Class Room, Discord. Jedne wytrzymują, inne nie. Najlepszy jest Office 365. Bo wszystko jest w jednym miejscu. Wideo, test, sprawdzian, prace domowe. I wszystko na bieżąco i z kontrolą tego co robią uczniowie. Choć wesołków, którzy starają się wykorzystać okazję, nie brakuje.
Zawsze można przecież powiedzieć nauczycielowi, że kamerka w laptopie nie działa, albo wyciszyć mikrofon i udawać głupiego. Albo zwyczajnie powiedzieć, że limit internetu na ten miesiąc właśnie się wyczerpał i albo będzie go przycinać, albo całkiem zerwie. Najczęściej w momencie kiedy miał odpowiedzieć na pytanie zadanie na lekcji. I jak mu udowodnić, że ściemnia?
Teraz podczas lekcji online widzę, że po tych kilku tygodniach oni już się za sobą mocno stęsknili i brakuje im tego wzajemnego kontaktu. Mogę się zobaczyć chociaż na ekranie. Najtrudniej było jak nie mogli wyjść z domów czy mieszkań. Bo teraz już 13-latkowie mogą.
Plan lekcji jest
Lekcja „przy kompie” trwa nie 45 a 30 minut. Przerwy między takimi lekcjami tez są dłuższe. Żeby dzieci nie siedziały tak długo przed monitorem. Większość zajęć odbywa się w ten sposób, ale nie wszystkie. Pracujemy według obowiązującego planu lekcji. Jeśli ma trzy lekcje danego przedmiotu, to dwie będą w formie wideo, a trzecia to przesłanie materiału dziennikiem elektronicznym. Jak widzę, to oni woleliby jednak przy tym komputerze.
W szkole wszystko miałem pod ręką. Jak czegoś potrzebowałem, to po to po prostu sięgałem. Teraz muszę być przygotowany. Muszę mieć materiały na serwerze, żeby w odpowiednim momencie lekcji kliknięciem rozesłać je do uczniów. Tak, ja nie mam z tym problemu, bo się interesuję, ale nauczyciele, którzy są daleko od technologii, przynajmniej w naszej szkole, też już wiedzą.
Ta pani, która dzwoniła przed chwilą, też już wie co to serwer. Właśnie dzisiaj miała lekcje z „Latarnika”. Wrzuciła im materiał. Powiedziała, że widzi, że uczniowie to odebrali i już nad tym pracują, ale nie wiedziała, jak jej efekty swojej pracy odeślą. Bo nie widzi ich ekranów. Podesłałem jej filmik, powiedziała, że jak sobie przypomni to powie im, co mają zrobić.
Przed ósmą, już po śniadaniu i kawie, sprawdzam, co tam dzisiaj do zrobienia. Łączenie będzie o 8.10. O tej godzinie zaczyna się pierwsza lekcja. Pokazuję na ekranie co robię, omawiam temat, oni to widzą i słyszą. Mogę zakreślać, wskazywać. I pytać na bieżąco.
Ok, materiał zrealizowany, trzeba to jakoś sprawdzić. Przygotowują kartkówkę z kilku pytań. Dwa kliknięcia myszką i już to widzą. Odpowiadają, a ja widzę na bieżąco kto już zrobił. Jak pytania są zamknięte, to od razu jest wynik. Jak otwarte, muszę przeczytać i sprawdzić, zliczyć punkty i wystawić ocenę. To idzie bardzo szybko.
O wiele dłużej trwa przygotowanie takiego sprawdzianu, i to się robi już po lekcjach. I widzę, że taki sposób dzieci lubią.
Zresztą rodzice też dają radę. Zrobiłem dla nich ankietę. O tym zdalnym nauczaniu. Ii przy okazji, czy chcą zdalnej wywiadówki. Chciały tylko dwie osoby, i to bardziej indywidualnej rozmowy. Bo na razie są zadowoleni.
Chociaż nie wszystkich ankiet jestem pewien. Pewnie rodzic poprosił, żeby mu to włączyć, bo pan chciał, i syn albo córka ją wypełniała. Bo było kilka odpowiedzi, że jest za dużo prac domowych. A może się czepiam, nie wiem.
Z ankiety wynika, że sprzęt, który jest w domu, wystarcza. I że przesyłanie 20 zadań z matematyki mailem to nie jest rozwiązanie. Bo dziecko nie ma kontaktu z nauczycielem. I szczerze przyznaję, za co pewnie środowisko mnie skrytykuje, ale większość szkół w Radomsku ma taki sposób uczenia, mailowy.
Mój syn, który jest uczniem jednej z radomszczańskich podstawówek, dostał mailem informację, że ma rozwiązać sprawdzian i odesłać do 17. Tylko, że mail przyszedł 17.20. Pani kliknęła, ale nie zdawała sobie sprawy, że dzisiaj serwery są przeciążone. I wiele rzeczy idzie z opóźnieniem. Gdyby miała kontakt z dzieci to zapytałaby czy dostali i mogłaby powiedzieć: czas start, rozwiązujemy. Żona od razu zrobiła zrzut ekranu i wysłała nauczycielce, żeby syn nie dostał jedynki, bo nie dotrzymał terminu.
Czasem nauczyciele chcą, żeby uczniowie w domach sobie drukowali te sprawdziany, a przecież nie każdy ma drukarkę. Inna kwestia to tego, kto ten sprawdzian rozwiązuje. Mogę się założyć, że po wydrukowaniu tata, mama, może i babcia, pomogą dziecku w udzieleniu prawidłowych odpowiedzi. A jak nie pomogą, to pomoże internetowa wyszukiwarka. I potem tylko cyk zdjęcie kartki i mailem do nauczyciela. Dla mnie bez sensu.
Nauczyciel pewnie zadowolony, bo ma podkładkę, że przecież pracuje zdalnie. A jak to zostało wykonane, przez kogo, nad tym nie ma żadnej kontroli.
Inny kontakt
Komunikacja werbalna. Co innego kiedy dostaną mail, a co innego kiedy widzą nauczyciela, choćby na tym ekranie. Uważam, że te kilka lekcji dziennie to już coś. Nie tylko dla uczniów, dla nas też to jest ważne.
Na przykład rady pedagogiczne. U nas się odbyły się bez problemu, zdalnie oczywiście. Były głosowania, był taki program do ankiet, dyrekcja widziała na bieżąco kto i jak głosował. Tylu za, tylu przeciw. Z dorosłymi pracuje się lepiej, bo łatwiej o dyscyplinę. Nikt nikomu w słowo nie wchodzi.
Z dzieciakami już gorzej, zwłaszcza z tymi najmłodszymi, a u nas w szkole 100 procent nauczycieli się łączy i prowadzi lekcje online. Od klasy pierwsze do ósmej. Z tymi maluszkami to rodzice siedzą, więc jest ok, ale ci starsi potrafią przeszkadzać. Jak na lekcji w szkole zresztą.
No dobra, lekcja za lekcją i jest 14.20. Przerwy na tyle długie, że mogę wyjść do kuchni i coś zjeść, nalać drugi i trzeci kubek kawy. I wstawić zupę na obiad.
To nie koniec, bo skończyło się łączenie.
Zaczyna się odbieranie telefonów. Bo inni też skończyli lekcje i mają pytania. Całe mnóstwo pytań. Odpowiadam cierpliwie, rozumiem, że to co dla mnie proste, dla nich jest skomplikowane. I z każdym tygodniem telefonów mniej.
A potem sprawdzam plan na kolejny dzień i przygotowuję się do zajęć. Sprawdzian, kartkówka, test, zagadka, krzyżówka, coś to ich zainteresuje i będą chcieli to robić. Główkujesz. Musisz mieć gotowe, bo w 30 minut lekcji nie zrobisz.
Klikasz i sprawdzasz to, co przysłali. Odsyłasz ze swoimi poprawkami. Patrzę na zegarek i już minęłam kolejna godzina czy dwie.
Muszę jeszcze uzupełnić elektroniczny dziennik. Nie ma sprawdzania obecności, według zaleceń ministerstwa. Trzeba wpisać temat lekcji, bo przecież podstawa programowa musi zostać zrealizowana. W ogóle ta cała papierologia przeraża. Wszystkich nauczycieli. I wszyscy będą chcieli mieć coś, co ja nazywam dupochronką. To znaczy taki namacalny dowód, że coś robili, że przez te tygodnie pracował. Już słyszymy, że nie pracujemy jak przy tablicy. Że wyślemy kilka maili i mamy z głowy. To prawda, są tacy, którzy o 9 rano wyślą 10 maili i uznają, że popracowali. Ale to nie znaczy, że inni siedzi przy kompie do 14. Moja żona mówi do mnie wczoraj, jest ładna pogoda, pojedźmy gdzieś. Usłyszała ode mnie, że o 12 mam kolejną lekcję, potem okienko i w tym czasie muszę coś jeszcze zrobić. A później kolejna lekcja i jeszcze materiały dla dyrekcji. Pracują, jakby koronawirusa nie było, tylko że w domu.
Chciałbym dnia dziecka
Czasem po ostatniej lekcji, kiedy kolejny raz dzwoni telefon, chciałbym powiedzieć, że wszystko jest w Googlach. I wystarczy poszukać. A ja dzisiaj robię sobie dzień dziecka. A co, nie należy mi się? Ale odbieram i odpowiadam. Dlaczego?
Bo jest siedemnasta, nauczyciel skończył, zjadł obiad, i teraz ma czas zapytać. No to, co nie pomogę? Widzę, że jest coraz mniej tych telefonów. I z czasem bateria w moim telefonie będzie wytrzymywać dłużej.
Jak rozmawiam ze znajomymi, to w mieście większość nauki odbywa się przez maile. Jak nauczycielka powie, że nie będzie się łączył, to nie będzie i już. I kto go zmusi? Coś tam na Messengerze napiszą i wystarczy.
Zdaję sobie sprawę, że to strach. Strach przed uczniami. Bo weszliśmy na ich teren, i możemy spodziewać się wszystkiego. Oni czują się jak ryby w wodzie, a wielu nauczycieli nie umie w niej pływać. Są tacy, którzy pytają mnie, są i tacy, którzy ryzykują i pytają swoich uczniów.
- Jak to się podgłaśnia? Niech pani wciśnie alt i F4, podpowiadają uczniowie i trudno im utrzymać powagę, bo wiedzą co się za chwilę stanie. Pani prowadząca lekcję wciska na klawiaturze wskazaną kombinację klawiszy i znika z ekranu, wszyscy mają ubaw, oprócz niej oczywiście. Udało się, chwilę potrwa, zanim lekcja zostanie wznowiona.
Teams ma tę wadę, że przecież do pokoju może ktoś wejść, na przykład w samej bieliźnie, w końcu jest u siebie w domu. Takie filmiki fruwają po sieci. Wcześniej można było tło rozmazać, teraz można wstawić jakiś obrazek. I już wpadki nie będzie.
Można być w górach, w biurze, w fabryce. W jednej klasie uczniowie grają w jedną ze znanych gier, zresztą kto nie gra. I wszyscy na lekcji takie tło sobie ustawili. A nauczycielka zaczęła się denerwować i nawet krzyczeć, że teraz to jest lekcja, a oni sobie wszyscy w coś grają. Tak jak mówiłem, dla niektórych nauczycieli to pole minowe. Kazała im to wyłączyć.
Wkręcają się
Wyobrażam sobie, że lekcje będą tak wyglądać do końca czerwca. I nawet widzę, że nauczyciele też się w to wkręcają. Nawet ci oporni, którzy na początku mówili, że to głupota i oni na pewno nie będą tak lekcji prowadzić. Już prowadzą.
Czy to prawdziwie uczenie czy tylko udawanie szkoły? Tu bardzo dużo zależy od ucznia, bo nie mamy na nim takiej kontroli jak w klasie. Przecież jak wyłączy kamerkę, to może sobie pójść i w drugim pokoju gra na konsoli. To on zdecyduje, czy będzie się uczył, czy tylko odsiedzi.
Są tacy, którzy po lekcjach chcą jeszcze o coś dopytać, coś wyjaśnić, dowiedzieć się czegoś więcej. Ci na pewno skorzystają. Zdalne nauczanie to nie samo co praca w szkole.
Oceny są teraz lepsze niż wcześniej. Bo wszystko jest pod ręką i sprytny uczeń sobie poradzi. A nauczyciel nie jest w stanie sprawdzić na jakiej podstawie udzielał odpowiedzi. Z książki, z internetu, czy podpowiadał tata albo mama, ewentualnie starszy brat.
U mnie oceny są podobne, bo staram się robić sprawdziany, które nie dają czasu na ściąganie. Jest limit czasu, kwadrans na przykład. Jeśli po 15 minutach nie klikną prześlij, masz jedynkę i możesz się próbować poprawiać. Na początku nie wierzyli i testowali. Kiedy przekonali się nauczyciel ma nad tym kontrolę, to już nie kombinują. I stopnie są od dwójek do piątek. Może ciut lepsze niż w szkole.
Stopnie na koniec? Pewnie nie będą odzwierciedleniem posiadanej wiedzy, na pewno nie w stu procentach.
Teraz jest czas dla tych kreatywnych nauczycieli. Ci, którym się chce, poświęcają codziennie kilka godzin na to, żeby zaproponować swoim uczniom coś, co ich zachęci do pracy.
A z drugiej strony człowiek chciałby znów stanąć przy tablicy. Uczniowie tęsknią za sobą, a ja za uczniami. Taka praca.
Ale i tak się nam dostanie, będziemy nazywani leniami. Jak po strajku. Już nawet pojawił się pomysł, żebyśmy jeździli do szkoły i z pustych klas robili te zdalne lekcje. Żebyśmy fizycznie odsiedzieli te swoje godziny w pracy. Bo przecież nam nie darują.
Jest 14. Przez tę rozmowę muszę dzisiaj doliczyć godzinę. Skończę pewnie koło 16. I tak dobrze, bo bywało, że o wiele później. A jutro przed ósmą znów do szkoły. To znaczy do dużego pokoju.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze