Od wczoraj uczniowie przebywający w domu mają się uczyć zdalnie. Uczyć mają ich ich wychowawcy i nauczyciele. Każdy próbuje sobie radzić jak potrafi, ale okazuje się, że kolejne rozwiązania wywieszają białą flagę. Pozostanie chyba tylko mail i dobra wola obu stron.
(fot. Pixabay)
Jeśli ktoś wyobrażał sobie, że w środę rano dzieci zasiądą o godzinie ósmej rano przed komputerami, włączą kamerki i na żywo będą uczestniczyć w lekcjach prowadzonych z domów nauczycieli, zwyczajnie fantazjował.
Najszybciej poddał się Librus. Serwis do kontaktu uczniów z nauczycielami i nauczycieli z rodzicami. Po kilku godzinach niektórzy nie byli w stanie się do niego zalogować, nie mówiąc o otwarciu tego czy innego pliku.
Inni wybrali Discorda, serwer do prowadzenia rozmów on-line. Tyle, że o ile rozmowa kilku osób może być komfortowa, to już całej klasy raczej się nie uda. Jest jeszcze Skype. Pytanie, ile wytrzymają serwery.
Z rozmów z radomszczańskimi nauczycielami wynika, że udaje się jeszcze dzięki narzędziom Microsoftu, ale i tak polega to na pisaniu i czekaniu na odpowiedź. A przecież nowych tematów nie da się w ten sposób tłumaczyć. Trwałoby to wieki.
- No i jak zweryfikować czy uczeń się czegoś nauczył? Nierealne - mówią. I dodają, że na razie trzeba się skupić na utrwalaniu wiedzy, bo o realizowaniu programu nie ma mowy. - I proszę mi powiedzieć co ja mam zrobić, kiedy sam powinienem pracować z moimi uczniami, a w tym samym czasie mój syn, który jest w drugiej klasie, powinien siąść do tego samego komputera, nie mamy drugiego, bo ma właśnie lekcję. Mało tego, on jest za mały, żeby ogarnąć nową dla niego technologię, więc powinienem mu pomagać. No to co mam wybrać? Swoją klasę, czy swojego syna?
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze