(Bagatelizują, wyśmiewają, wyszydzają. Koronawirus? Jaki koronawisus? Wymysł. Plandemia. Zna ktoś kogoś, kto zachorował? Niestety, my znamy. Rozmawialiśmy, wysłuchaliśmy opowieści radomszczanki. Chorowała wiosną, podczas pierwszej fali. Przypominamy ten tekst i dedykujemy wszystkim, którzy nie wierzą w zagrożenie. Którzy - w imię uczciwości - na swoich wallach faceboowych powinni umieścić komunikat do służby zdrowia: „W razie stwierdzenia koronawirusa, proszę mnie nie leczyć na tę wymyśloną chorobę.")
Janusz Kucharski jk@radomszczanska.pl
Ten strach będzie ze mną już zawsze. Raz większy, raz mniejszy, ale nigdy mnie nie opuści. Jest mi łatwiej, bo po tych kilku tygodniach, wiem jak to brzmi, ale tak się stało, wiem, wierzę, że nic nie dzieje się przypadkiem. Że tam gdzieś jest ktoś, kto zdecydował, że jeszcze nie teraz, że mam tu jeszcze dla kogo żyć. I że sporo zostało mi do zrobienia. I postaram się to zrobić.
Ta spirala nakręca się bez końca
Najpierw zaczynasz się czuć tak, jak przy przeziębieniu. Coś tam cię zaczyna boleć, gorzej ci się oddycha, masz gorączkę. Na początek kilka kresek. Nie robisz tragedii, przecież to taki okres, kiedy ludzie chorują. Poza tym jeszcze się tak o tym koronawirusie w Polsce nie mówi. Będzie za chwilę, ale na razie to jakieś odległe Chiny. Kto by się tym przejmował.
A potem z dnia na dzień czujesz się coraz gorzej. Boli coraz mocniej i nie przechodzi. Jesteś coraz słabsza, nie masz się siły podnieść. Myślisz, że przecież nawet przy najgorszej grypie nigdy nie było tak źle. Może to rzeczywiście korona? Strach staje się jakby bardziej namacalny. Bo przecież oglądasz wiadomości, słyszysz o tym, ilu umarło w Hiszpanii, ilu we Włoszech. Wcześniej te liczby przerażały, ale z daleka. Teraz dociera do ciebie, że przecież możesz stać się jedną z ofiar, że gdzieś ktoś na świecie usłyszy, że w Polsce zmarło tyli i tylu ludzi, będziesz wśród nich ty, a dla tego, kto to będzie oglądał, będziesz tylko liczbą. Bez twarzy. Jedna trumna więcej. Oni wrócą do swoich spraw, i pewnie zapomną.

Bohaterka tekstu
Potem boisz się, bo czekasz na wynik. Wcześniej odpowiadasz na tysiąc pytań. Byłeś szczepiony, na co, kiedy? Z kim się widziałeś, gdzie byłeś, co robiłeś? Pytania zadajesz sobie też samemu. Gdzie to się mogło stać? Z kim rozmawiałam o kilka minut za długo? Czy stanęłam zbyt blisko? Czy ktoś kichnął? Zakasłał koło mnie?
To jest cała spirala, która się nakręca. Spirala strachu. I nie jesteś w stanie tego zatrzymać. Najpierw boisz się w kolejce w szpitalu, bo te fartuchy i maski robią wrażenie. Potem wracasz do domu i boisz się tego, co się okaże. I znów analizujesz i wyrzucasz sobie, że może trzeba było powiedzieć jeszcze o tym, że to było ważne. Może to by w czymś pomogło?
I zaczyna cię boleć głowa, a do tej pory nie bolała. Korona. A może jednak nie, bo przecież co jakiś czas zdarzała mi się migrena. To pewnie to. Rano czujesz, że boli cię każdy staw, i każda najmniejsza kosteczka, nie wiedziałeś, że masz ich aż tyle. No to pewnie korona. Kiedy poczujesz się trochę lepiej wraca nadzieja.
W końcu dzwonisz na numer, który ci podali. Nie, jeszcze nie mamy, musi pani jeszcze trochę poczekać. Dlaczego nie mają? Coś poszło nie tak. Trudno znaleźć sobie miejsce. Proszę myśleć pozytywnie, powiedzieli. Łatwo powiedzieć, ale mimo wszystko dobrze to usłyszeć.
W końcu telefon - jest pani zakażona. Przygotowywałam się na to, ale to i tak szok. Serce wali. Trudno złapać oddech. Nie przeżyję, już po mnie. Prosisz, żeby to sprawdzili jeszcze raz. Robią to. Oni mają pewność, ale nie chcą cię jeszcze bardziej denerwować. Rubryczka po rubryczce. Nie ma mowy o pomyłce. Masz to.
Mówiłam już o płaczu?
Przychodzi mrok, tak to nazywam. Kolejne dni były mroczne. Nie trudne, nie ciężkie, mroczne. Czujesz się coraz gorzej, to jakie mogą być? Nie ma leków. Powiedzieli, że masz być zamknięta w domu i się obserwować. Jak będzie gorzej trafisz do szpitala. To może być gorzej? I co wtedy? Respirator? Najlepiej byłoby wyłączyć myślenie i wyobraźnię. Nie da się.
Każda kreska na termometrze więcej, mocniejszy ból, więcej potu, większe zwiększenie, to dla ciebie coraz bliżej śmierci. Nie możesz się od tego uwolnić.
Nie masz siły, śpisz po 18 godzin na dobę, ale boisz się położyć, bo nie wiesz czy się obudzisz. Za to wiesz, że przyjedzie policja. Tylko nie wiesz, o jakiej porze. Odbierasz telefon i stajesz w oknie. Po kilku dniach mieliśmy już swoje okno. Machaliśmy sobie przez to okno. Policjanci sympatyczni.
Mówiłam już o płaczu? Nie? Dziwne, bo płakałam praktycznie od początku. I prawie cały czas. Ze strachu, ale nie tylko o siebie. O bliskich, może nawet bardziej. Zastanawiałam się, czy mogłam ich zarazić? Czy oni też poczują się źle? Będą musieli z tym walczyć?
Leżysz w łóżku i przewijasz kolejne kadry: z kim się widziałaś, z kim rozmawiałaś, jak blisko stałaś. Nawet co mówiłaś i jak głośno, czy mogłaś się wtedy głośno śmiać i rozsiewać to coś? I tyle pytań bez odpowiedzi.
Dzwonisz i mówisz im o tym, że masz pozytywny wynik. Do wszystkich. I prosisz, żeby oni zadzwonili do tych, którzy też są w kręgu zagrożonych. Niech pomyślą, czy nie powinni zrobić testów na własną rękę.
Lęk, strach, panika. Wiem, że się powtarzam, ale to one towarzyszyły mi cały czas przez ostatnich kilka tygodni.
Robisz sobie wyrzuty. Bo jeśli ty masz umrzeć… Nie chcesz. Pewnie, że nie chcesz. Ale nie chcesz umierać z myślą, że przez ciebie umrze ktoś jeszcze. Leżysz w łóżku i płaczesz. Z bólu i bezsilności. Bo przecież nic więcej zrobić nie możesz.
Nie rozpamiętujesz
Przynajmniej ja nie rozpamiętywałam. Może przez chwilę. Że to ten Chińczyk, który leciał tym samym samolotem? Ale on nie kasłał, nie kichał, wyglądał na zdrowego. A na lotnisku? Tam też nie działo się nic dziwnego. Tylko, że nie wiesz, że zarażasz. Nie ma sensu o tym myśleć.
Trzeba zorganizować sobie czas, bo masz go tyle, ile nigdy wcześniej. Czytać nie mogłam, bo nie byłam w stanie skupić wzroku. Zaczynałam, ale nie rejestrowałam treści, bo wracały złe myśli.
No to porządki. Zawsze odkładane. Ale jak cię wszystko boli, to nie chce ci się układać w szafach. Bo ręki nie możesz podnieść. No to może jakaś gra? W moim przypadku sprawdziła się jedna z najprostszych. Ciekawe, czy ktoś w to jeszcze gra? Państwa, miasta. Trzeba się skupić, żeby jak najszybciej odpowiedzieć na kilka prostych pytań. To były chwile odpoczynku. Psychicznego.
A pod koniec doszedł nowy objaw. Dzisiaj już o tym mówią specjaliści. Zaczęło mi się strasznie kręcić w głowie. Błędnik wariował. Czytałam na amerykańskich stronach kolejne informacje. O tym, jak to dziadostwo z człowieka wychodzi. Że atakuje różne systemy, organy. Raz ten, potem inny. Jakie są kolejne objawy. I te zawroty to jeden z etapów. Tak jak biegunka czy bóle stawów.
Nadzieja
I w końcu zaczyna być trochę lepiej. Potrzebujesz o tym pogadać. Rozmowa utrzymuje cię na powierzchni, nie pozwala się zapaść.
Skoro nie skończyło się respiratorem, to teraz powinno być lepiej. Boli mniej, łatwiej zasnąć i sen daje trochę odpoczynku. Objawy zaczynają słabnąć. Niektóre się kończą. Tak, to jest moment na nadzieję. Do tej pory była gdzieś głęboko schowana, teraz już nie musisz się tak bać, że zapeszysz, że cieszysz się za wcześnie.
Duchowość. Tak, wiem jak to brzmi. Jak trwoga to do Boga. Ale mówię szczerze. W moim przypadku to stało się bardzo ważne. Po koronawirusie stałam się innym człowiekiem. Dosłownie.
Kiedy umarła moja mama miała różne jazdy. Nie było mi po drodze z Bogiem. Można powiedzieć, że nie mogliśmy się dogadać. Moja mama odchodziła bardzo długo i świadomie. I bardzo chciała żyć. Nie mogłam się z tym pogodzić. Wtedy bluźniłam. Teraz się tego wstydzę, ale tak było. Bluźniłam Bogu. Dzisiaj mogę powiedzieć, że dostałam od niego drugą szansę. Na życie. I codziennie o tym mówię. Moja córka śmieje się ze mnie, że mi odwaliło. Nie odwaliło. Bo tu chodzi o Boga, nie o księży, których nie lubiłam i nie lubię. Na temat kościoła mam swoje zdanie.
Uważam, wierzę, mam nadzieję, że jest Bóg, istota, która nad człowiekiem cały czas czuwa. I jestem za to bardzo wdzięczna. I mu dziękuję, bo mogłoby mnie nie być.
Drugi test
Czekasz na specjalny ambulans. Przyjeżdżają ludzie z Łodzi, ubrani w kombinezony, maski, w rękawiczkach. A wtedy firanki we wszystkich domach dookoła ruszają się jakby wichura była. Jednak. Oni tak myśleli, że tu ktoś chory jest, bo przecież policja przyjeżdżała. A teraz pewność mają i mogą wszystkim opowiadać, co się u nich na ulicy dzieje. Może niektórzy nawet dorzucą, że dobrze im tak, że im się należało. Tacy są ludzie. Niech się pocieszą.
Panowie biorą wymaz i odjeżdżają i znów zaczyna się nerwowe oczekiwanie. Najgorsze, że człowiek nie jest jeszcze w pełni zdrowy. Objawy cały czas są. Nie są tak intensywne, ale są.
Myśli się co będzie. I znów analizuje i tłumaczy sobie: nie było respiratora, czuję się lepiej, to przecież musi być negatywny. Jaki mógłby być? Mam komplet numerów telefonów i przedeptaną ścieżkę. Dzisiaj wiem do kogo zadzwonić, z kim rozmawiać i o czym. Można powiedzieć, że jestem ekspertką. Nie z własnej woli, ale jestem. Mogłabym doradzać. Nie zabłądzę.
No to wybieram ten właściwy numer i pytam: jaki jest wynik? Minus. I natychmiast masz na twarzy banana. I co z tego, że cię jeszcze boli, a w głowie się kręci? Masz minus. To jest ważne. Żyję. Udało się, pokonałam go. Pewnie, że ludzie umierają, ale oni pewnie byli zbyt słabi, tak to już jest z wirusami. Możesz odetchnąć z ulgą. Zapomnieć o trumnie. Wracasz do żywych. Niesamowite uczucie. Ale to nie koniec.
Strach zostaje. A nawet wraca ze zdwojoną siłą. Kiedy? Kiedy dzwonią umówić, że przyjadą na trzeci test. Muszą potwierdzić, muszą mieć pewność, że jesteś zdrowa. A wtedy w głowie bardziej ci się kręci. I znów zaczynasz myśleć: a może za wcześnie się ucieszyłaś? I po co? Przecież nikt nie wie jak to leczyć. Wszystko jest możliwe. Masz do siebie pretensje, że tak łatwo dałaś się ponieść euforii.
To szarpie nerwy. Do momentu, w którym jest kolejny telefon: drugi minus. Nie powiem, że kamień spada z serca. To inne uczucie. Trudno je opisać.
Jestem po, ale nie wychodzę
Mam to za sobą. Jestem uodporniona. Nie zarażę się drugi raz. I sama też nikomu tego nie sprzedam. Jestem bezpieczna i bezpieczna dla innych. Jestem po kwarantannie i mogłabym wrócić do normalnego życia. Ale się boję. To jest we mnie, gdzieś w środku, i pewnie już nigdy się tego nie pozbędę. Nie wyszłam jeszcze z domu. Pewnie wyjdę wkrótce, ale się nie spieszę.
Życie ma dzisiaj inny smak. Jestem wdzięczna, że żyję. A kiedy widzę informacje o kolejnych śmierciach płaczę. Teraz to są dla mnie konkretne przypadki, konkretne osoby, a nie tylko pacjent, który nie dał rady. Bo przecież ja też mogłabym nie dać.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze