Syndrom DDA? Nie wiem, czy go mam. Wiem tylko, że alkohol był w moim życiu od zawsze. Najpierw tuż obok mnie, a potem już we mnie. Naprawdę chcesz, żebym ci o tym opowiedział? To nie będzie ani przyjemne, ani łatwe. Rodziców pamiętam tak: jeśli akurat nie znęcali się nade mną albo moim rodzeństwem, to spali, albo szukali czegoś, żeby się jeszcze dopić.
Muszę się pilnować. Bo jeśli w którymś momencie uznam, że to ja mam kontrolę, to popłynę

Wódka była w moim domu odkąd pamiętam. A pamiętam sporo. Zresztą, to były lata, kiedy pili chyba wszyscy. I nikt nie uważał, że to złe. Całe moje dzieciństwo można oglądać przez pustą butelkę.
Rodzina robotniczo-chłopska
Takich rodzin jak nasza było w Radomsku wiele. Matka, córka znanego w mieście działacza komunistycznego, który na początku PRL-u umacniał władzę ludową w Radomsku. Nawet medal za to dostał. Nie pracowała, rodziła dzieci i zajmowała się domem. Przynajmniej na początku się zajmowała. Byłem najstarszy. Potem na świat przyszedł jeszcze brat, a kilka lat później siostra. Ojciec, syn rolnika z pobliskiej wsi, który sprowadził się do miasta kilka lat przed moimi urodzinami, pracował w fabryce. Jeździł do roboty na rowerze. Po ośmiu godzinach wracał, zjadał obiad i szedł spać. Oczywiście jeśli wracał. Po powrocie ze szkoły czekałem na godzinę 14.30. Jeśli furtka się nie otwierała, wiedziałem, że ojciec wróci dopiero za kilka godzin. Że właśnie pije z kolegami z pracy. I wróci kompletnie pijany.
Wróci wieczorem, jak już będziemy w łóżkach. U nas w domu był dryl. Kolacja o 19.30, przy niej słuchanie audycji w radiowej Jedynce, tej dla dzieci. Lubiłem ją. Nie lubiłem, kiedy już byliśmy w łóżkach i zataczający się ojciec wchodził do domu. Krzyczał od progu i wczuwał się w rolę troskliwego, dbającego o przyszłość swoich latorośli. To oznaczało w praktyce, że wpadał do sypialki i chciał wiedzieć, jak było w szkole, czy byliśmy grzeczni i czy lekcje odrobione. Chodziło o pretekst. Żeby mógł nam wyrzucać, jacy jesteśmy niewdzięczni, jacy do niczego i jak nie szanujemy jego pracy i starań. A jak już go znalazł szedł do przedpokoju, gdzie na wieszaku wisiała dyscyplina. Rzemień, którym wymierzał nam kary. Za wszystko. Jak nie mógł znaleźć rzemienia, bo czasem go chowaliśmy, sięgał po kabel od żelazka czy prodiża. Sznur zostawiał ślady na plecach, pośladkach u udach. Pijany, jak bije, rzadko trafia. Pasek? Pewnie, też go używał. Ale rzemień i kabel lepiej ciągnęły.
Dostawało się wszystkim, ale najwięcej mnie. Bo byłem najstarszy. I jeśli młodsi coś przeskrobali, to ja i tak byłem winny - nie dopilnowałem, a powinienem.
Potem problemy były przed lekcjami wuefu, bo jak tu się przebrać, żeby nikt nie zauważył? Udawało się, chociaż mam wrażenie, że nawet gdyby ktoś to zobaczył, i tak by udawał, że nie widzi. Wtedy nikt nie zwracał na to uwagi. Dzisiaj byłaby afera na całą Polskę, a wtedy to się nazywało wychowanie.
Każda okazja jest dobra
Z| czasem ojciec zaczął przyprowadzać kolegów do domu. To było jeszcze gorsze. Jeden pijany to awantura, zgraja pijanych to koszmar. Matka musiała robić im zagrychę i usługiwać. Wtedy jeszcze nie piła, była po naszej stronie. Jej też się dostawało. Bo spojrzała nie tak, bo się odezwała. Ojciec bił, oni się przyglądali, my byliśmy za mali, żeby coś zrobić. Ona uciekała i zamykała się z nami w naszym pokoju. Nie spała do rana, wychodziła dopiero, kiedy oni padli. Albo rano, gdy zebrali się do roboty. Bo, o dziwo, pili, a do fabryki i tak szli.
Pili prawie codziennie, a w soboty i niedziele to już obowiązkowo. Czasem się zastanawiam, jak to możliwe, że ojciec i matka płacili wtedy rachunki i kupowali jedzenie. Za co? A ja dostawałem nawet do szkoły pieniądze na składki i wycieczki. Nikt nie mógł powiedzieć, że jestem z patologicznej rodziny. Wtedy mówiło się o takich „menele”. Matka wszystko ukrywał. Matki moich kolegów też tak robiły. Ukrywały podpite oczy i sińce. A jeśli miałem pręgi od kabla w widocznych miejscach, nie szedłem do szkoły.
Z tamtych lat pamiętam też, że gdy chciałem sobie coś kupić, trzeba było na to zarobić. Stary by mi nie dał, ja bym go nie pytał. Po co? Chodziłem na działki, gdzie takich jak mój ojciec było pełno, czekałem,, aż skończą pić i zbierałem butelki. Nieraz trzy duże torby. Zanosiłem do sklepu albo skupu. Zawsze był to jakiś pieniądz. Na początek wydawałem na słodycze. Pamiętam, że jak kupiłem paczkę słonych paluszków, zawsze dzieliłem je na trzy równe kupki. Dla siebie, brata i siostry. Tak byliśmy nauczeni.
Pamiętam też, że po tych libacjach, które kończyły się awanturami i tłuczeniem szkła, gdzieś w środku nocy zapadała cisza. Można było wyjść do łazienki. Trzeba było iść przez duży pokój, gdy pili. Trzeba było uważać, żeby nie potrącić ławy, na której stały puste butelki, kieliszki i resztki mortadeli i ogórków. I pełno niedopałków. Oni chrapali na podłodze.
Matka też popłynęła
Potem matka przesżła na druga stronę barykady. Najpierw uroczystości rodzinne, potem okazje w tygodniu. Ojciec rzadziej zaczął sprowadzać kolegów, za to ona zapraszała koleżankę z mężem. Wieczorami grali w tysiąca. A przy tym na ławie zawsze pojawiała się wódka. Do widoku pijanego ojca już przywykliśmy, widoku pijanej matki musieliśmy się nauczyć. Zwłaszcza jeśli osoba, która do niedawna cię broniła przed ojcem, nagle sama chwyta za kabel i bije. Mocniej niż on. Pamiętam, że zagryzałem zęby i chciałem jak najdłużej wytrzymać bez płaczu. Żeby nie dać jej satysfakcji.
Dzisiaj, z perspektywy czasu, dostrzegam, a przynajmniej wydaje mi się, że dostrzegam, dlaczego to robiła. Przez lata była poniżana przez ojca, długo dusiła w sobie to wszystko, w końcu zobaczyła, że wódka pozwala jej zapomnieć i nie myśleć. Po prostu. Na ojcu nie mogła się zemścić, była za słaba. Za to ja przypominałem to wszystko, o czym tak bardzo nie chciała pamiętać. O straconej młodości, o piciu ojca, o biciu, o tym, że koleżanki mają lepiej… Więc biła. Myślę, że więcej ona niż ojciec. Nienawidziłem jej. Choć kiedy w podstawówce na lekcji wychowawczej chłopak z mojej klasy powiedział wychowawczyni, że moja matka do szkoły nie przyjdzie, bo pije, rzuciłem się na niego z pięściami. To moja matka i wara od niej. Jaka by nie była.
Potem matka piła nie tylko wieczorami, ale bez przerwy. Z jedną taką koleżanką. To wyglądało mniej więcej tak, że my wychodziliśmy na ósmą do szkoły, matka w tym czasie nastawiała pranie we Frani i obierała ziemniaki na obiad. Do domu wracałem z duszą na ramieniu. Będzie, czy dzisiaj też poszła w długą? Kiedy w korytarzu słyszałem tylko radio i żadnych rozmów, wiedziałem, że jest źle.
Kiedy szliśmy do szkoły, a ojciec był już w fabryce, do matki przychodziła koleżanka. Jej też nienawidziłem, bo to ona przynosiła pierwsze tego dnia tanie wino. Wypiły kilka i szły szukać kolejnych. Matki nie obchodziło wtedy pranie, nie obchodziły ziemniaki na gazie, nie obchodziły dzieci. Po prostu wstawała od stołu i szła.
A ja zbierałem puste butelki i zamiast do lekcji, zabierałem się do prania i gotowania. Wiedziałem, że nie mogę wyjść. Bo trzeba zająć się bratem i siostrą. Że szybko dorosłem? Pewnie tak. Nikomu jednak takiego dorastania nie życzę.
Wracała wieczorem, kompletnie pijana. Ojciec, który wtedy pił zdecydowanie mniej, najpierw krzyczał, wygrażał, czasem ją uderzył. Nie robiło to na niej wrażenia. W trakcie jednej z takich kłótni dowiedziałem się, że jestem bękartem. To znaczy, że mój ojciec nie jest moim ojcem. A matka się skurw… I że dobrze, że się mną zajął, bo inaczej skończyłbym w domu dziecka. Później dowiedziałem się, że jestem nieślubnym synem, matka nie zna mojego ojca, a dziadek kazał oddać mnie do bidula, bo nie wypada, żeby córka komunisty znanego w Radomsku obnosiła się z bękartem. Odebrali mnie, jak miałem dwa lata. W tajemnicy przed dziadkiem. Podobno kiedy mnie zobaczył, nawet mnie zaakceptował. Nigdy jednak nie powiedział mi, że mnie kocha. Nie przytulił. Inne wnuki przytulał.
Potem matka zaczęła znikać na dłużej, a ojciec jej szukał. Zamienili się rolami, on już nie pił i nawet próbował się nami zajmować, ona odbijała sobie poprzednie lata. Czasem nie było jej i tydzień. Czasem któryś z kumpli z osiedla opowiadał mi, że widział ją, jak prowadzała się z tym czy z tamtym. I śmiał się. Ja nie. Nie chciałem o niej słyszeć. Nie chciałem też się już o nią bić. Musiałbym się bić bardzo często.
Wracała, kiedy brakło pieniędzy na picie albo wywalili ją z meliny, bo nie miała, żeby się dorzucić. Potem awantura w domu, ona przepraszała, mówiła, że się zmieni. I kilka dni spokoju. Wtedy była przykładną matką. Sprzątała, gotowała, wysyłała nas do szkoły, pytała, czy odrobiliśmy lekcje. I kładła spać. A wieczorami czytała, albo robiła na drutach.
Aż kolejnego dnia wychodząc do szkoły znów mijałem jej koleżankę, która szła do naszego domu. I już wiedziałem, że jak wrócę, jej tam nie będzie.
Do dzisiaj pamiętam jeden dzień. Matki nie było już od jakiegoś czasu. Gramy z chłopakami w piłkę na boisku niedaleko domu. Nagle któryś mówi, że tam idzie ona. Spoglądam, ona zatacza się i zbliża do furtki. Nie dała rady, upadła na trawnik pod oknem. Stoję jak wmurowany. Ktoś pyta, dlaczego nie idę jej pomóc. Ja wzruszam ramionami i odwracam się. - Gramy! - rzucam przez zęby.
A potem spoglądam za siebie i widzę, jak ojciec, który widział wszystko przez okno, podnosi te pijane zwłoki, a potem ciągnie za sobą.
Moja kolej
Kiedy tak o tym myślę, to w sumie dziwię się, że sam popłynąłem równie łatwo. Przecież widziałem, jak to się kończy. Pamiętam jeden taki wieczór, kiedy grali w karty. Wtedy pili razem, ojciec, matka, koleżanka z mężem i ich kolega, którego ze sobą przyprowadzili. Stary kawaler, który całe życie mieszkał w hotelach robotniczych. Miał łeb, bo w takich hotelach to się dopiero chlało. Ten wieczór też skończył się awanturą. Ten kawaler był elektrykiem i na złość wyłączył korki. Miałem kilkanaście lat, on był pijany. Nie wytrzymałem. Był na podwórku, nie reagował na krzyki matki, że ma to światło natychmiast naprawić. Szedł przed siebie, do furtki. Uderzyłem go od tyłu. Upadł na czworaka. Zacząłem go kopać. Po ciosie w twarz upadł. Nie stracił przytomności, ale zaczął mocno krwawić. Wystraszyłem się. Nie rozbiłem mu większej krzywdy, bo byłem w kapciach, które zgubiłem po pierwszych kopnięciach. Gdybym był w butach, być może skończyłbym w więzieniu.
Mimo że wódka była jak mój cień, też zacząłem pić. Dorastałem, a to oznacza, że poznawałem to co wszystkie nastolatki: papierosy i alkohol. Na osiedlu nie było o to trudno, inna sprawa, że nie miałem już nad sobą żadnej kontroli. Starzy pili i mimo że kazali być w łóżku o 22.00, to jaki problem o 22.15 wyjść przez okno?
A tam czekali kumple. Najpierw piwo. Potem wina. Żeby było mocniejsze, szliśmy do kogoś na chatę i wlewaliśmy je do garnka, a potem wstawialiśmy gaz. Gorące kopało bardziej. No i w końcu wódka. To były czasy, kiedy z Czech przywozili spirytus, rozcieńczało się go i piło. Coraz więcej i coraz częściej. Już nie tylko z chłopakami na osiedlu, ale i z kumplami w szkole. Zdarzało się, że piliśmy nawet na lekcjach w szkole średniej. Nie wiem, jakim cudem nie wpadliśmy. Zwłaszcza, że po wódce człowiek robił się rozmowny, wszystko wydawaje się możliwe. Szarżowałem. Do tego stopnia, że któregoś razu, na zastępstwie, wypiliśmy z kolegą ćwiartkę. A zaraz potem poszedłem do nauczycielki, która nas pilnowała, usiadłem na biurku i zapytałem czy mogę zobaczyć swoje oceny w dzienniku. Do dzisiaj nie wiem, czy nie poczuła, czy tylko udała, że nic nie widzi.
Pijesz coraz więcej, coraz więcej alkoholu jesteś w stanie tolerować, coraz więcej musisz wypić, żeby osiągnąć pewien stan. Byłem wtedy z siebie dumny, że mam taką mocną głowę. I że mogę wypić wszystko i nic mi nie zaszkodzi. I piłem wszystko. Po lekcjach, wieczorem, tak, żeby starzy się nie przywalali. Wracałem coraz później. O, to jest różnica między nami: matka znikała, ja zawsze wracałem. I nigdy nie urwał mi się film. Mogłem być pijany w sztok, zataczać się, nawet przewracać, ale zawsze docierałem do domu.
Czy było mi wstyd? Wtedy nie. To był powód do dumy. Pochwalić się chłopakom, ile i z kim wypiłem i co potem robiłem. Wóda kosztuje, więc bywało, że dojechało się jakiegoś frajera z innego osiedla, który przyszedł do dziewczyny. Jak sam z siebie nie postawił, żeby się wkupić, to się go kroiło. Nikt z nich na policję nie poszedł. To chyba cud, bo połowa moich kumpli z tamtych lat siedzi, a druga połowa pije tak, że dzisiaj to wraki.
Ja byłem od tego o włos.
Przekroczyłem barierę
Jechałem w dół, tą samą drogą co ojciec i matka. I pewnie bym się nie zatrzymał. Wielu się nie zatrzymało. Pewnego dnia popiłem tak, że choć wszystko pamiętam, to rano nie miałem siły ruszyć małym palcem. Nie wiedziałem co się dzieje. Wymiotowałem przez kilka godzin. Nie mogłem wziąć nic do ust. W robocie siedziałem w kanciapie, ukrywałem się przed szefem. Przez kilka dni nic nie jadłem, tylko piłem wodę. Malutkimi łykami, żeby nie zwrócić. Teraz wiem, że to było potężne zatrucie alkoholem. Takie, że kiedy już doszedłem do siebie, na wódkę nie mogłem patrzeć. Dosłownie. Na widok butelki robiło mi się niedobrze.
Myślałem, że szybko mi przejdzie. Chciałem znowu być z kumplami, a oni pili. Śmiali się ze mnie. Na ich miejscu też bym się śmiał. Czekałem, kiedy znów wypiję, ale ten moment nie nadchodził. I miał nie nadejść przez kilka lat. Wyobrażasz sobie? Człowiek, który siadał do stołu i opijał prawie wszystkich, nagle nie jest w stanie przełknąć nawet kieliszka!
To był moment, w którym przekroczyłem barierę. Zacząłem też układać swoje życie na nowo. Nie mieszkałem już z rodzicami. Moje rodzeństwo, które właściwie ja wychowałem, też już zaczęło się usamodzielniać.
Muszę uważać
DDA - dorosłe dziecko alkoholika? W moim przypadku pewnie nawet alkoholików. Nie wiem, czy podpadam pod tę definicję. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Wiem jedno - muszę bardzo uważać. Na to, jak piję. Tak, piję znowu, bo wstręt do wódki mi przeszedł. Można powiedzieć, że piję, jak inni. Przy okazji imienin w rodzinie, albo piwko do meczu. Normalnie, jak wszyscy ci, którzy piją, ale się nie upijają.
Wiem, że mnie upić się nie wolno. Bo jak raz pozwolę sobie na zbyt dużo, znowu wsiądę na tę zjeżdżalnię, a ona jest tak śliska, że chociaż nie wiem co byś robić, to do góry nie wespniesz się nawet na milimetr. Można jedynie jechać coraz szybciej w dół. A tam się rozbijesz. Jak mój ojciec i moja matka. Ja tak nie chcę. A jednocześnie ten alkoholizm mam w sobie, gdzieś tam ukryty, ale gotowy, żeby wyjść.
Mówiłem, że to nie będzie miła opowieść. Na pocieszenie powiem ci, że takich rodzin jak moja na mojej ulicy było kilka. I ludzie z takich domów powychodzili na prostą. Choć łatwo nie było.
Dlaczego ci to wszystko opowiadam? Bo chyba dorosłem do tego, żeby o tym mówić. Wprost. Bez wstydu. Przynajmniej za rodziców, których nienawidziłem ale przed znajomymi udawałem, że są spoko, jak to się wtedy mówiło. Wstydzę się za siebie. Że popłynąłem, chociaż zawsze wydawało mi się, że jestem lepszy od nich, że mnie się to nie zdarzy. A tu niespodzianka, zdarzyło się.
Jakoś mi teraz lepiej. W sumie to dobrze, że zapytałeś.
SYNDROM DDA
Zespół utrwalonych osobowościowych schematów funkcjonowania psychospołecznego powstałych w dzieciństwie w rodzinie alkoholowej, które utrudniają osobie adekwatny, bezpośredni kontakt z teraźniejszością i powodują psychologiczne zamknięcie się w traumatycznej przeszłości. Powoduje to przeżywanie i interpretowanie aktualnych wydarzeń i relacji przez pryzmat bolesnych doświadczeń z dzieciństwa. Zniekształcenia te nie są przez DDA uświadamiane. Schematy te są destrukcyjne i powodują wiele zaburzeń pacjenta w kontakcie z samym sobą oraz z innymi osobami, szczególnie z tymi, z którymi pacjent jest w bliskich związkach.
JK (tekst opublikowany w Gazecie Radomszczańskiej we wrześniu 2016 roku)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze