Reklama

Dlaczego elity zrejterowały: Jak szukałem radomszczańskiej inteligencji i co znalazłem

Kiedyś jeden prawnik powiedział mi tak: żadna działalność, której nie da się przeliczyć na złotówki, go nie interesuje. Ceni swój czas i każdą minutę, który poświęca w ciągu dnia na jakąkolwiek działalność, wiąże się z zarabianiem pieniędzy. Dlaczego intelektualne elity odwróciły się do miasta plecami?

Andrzej Andrysiak

Zapalnikiem był list Czytelnika, który opublikowaliśmy w „Gazecie”. O radomszczańskiej inteligencji i elitach intelektualnych rozmawialiśmy w redakcji wcześniej wielokrotnie, ale dopiero słowa napisane czarno na białym oświeciły nas: piszemy. „Inteligencja medyczna zachłysnęła się możliwościami prywatnej praktyki i pochłonęła ją wzajemna rywalizacja, inteligencja prawnicza tak się zindywidualizowała i wycwaniła, że poza kasą nic nie jest dla niej ważne. Inteligencja nauczycielska zestarzała się, wymiera, młoda podzielona, rozproszona, bez autorytetów w środowisku” – to ostre słowa naszego Czytelnika. Prawdziwe? Oj, chyba tak. Przykład pierwszy z brzegu. Działał otwarty komitet do spraw rewitalizacji. Sprawa ważna dla miasta, ważna dla mieszkańców. Kto w nim uczestniczył? Przedsiębiorcy, którzy pilnowali swojego interesu, urzędnicy i kilku mieszkańców. Prawnicy, lekarze, nauczyciele, inżynierowie? Zero.

Reklama

Czym są zajęci? Co ich interesuje? Dlaczego nie wpływają na miasto i odwracają się do niego plecami? Jak było kiedyś? I najważniejsze - czy to się może zmienić? Szukaliśmy odpowiedzi na te pytania. Pominęliśmy w materiale polityków i przedsiębiorców, bo i nie oni nas tu zajmują. Interesują nas ludzie, którzy którzy z racji pozycji, nie majątku, mogą i powinni wywierać wpływ na miasto. Kiedyś nazywano ich inteligencją.

Przeszłość
Najpierw zdziwienie.
Telefon pierwszy.
- Dzień dobry, piszę artykuł o radomszczańskiej inteligencji i chciałbym porozmawiać.
- W co chce mnie pan wkręcić?
- Słucham?
- Mam się wypowiadać o inteligencji?
- Po to dzwonię.
- A widział ją pan kiedyś? Radomszczańską? Ha, ha, ha. Nie ma tematu.
Telefon drugi.
- W żadnym wypadku się nie wypowiem. Gdybym miał powiedzieć, co sądzę, nie mógłbym wyjść na ulicę. Zlinczowaliby mnie.
- Aż tak źle jest?
- Jeszcze gorzej.
Telefon trzeci.
- To trochę jak z potworem z Loch Ness. Nikt go nie widział, a wszyscy o nim gadają. Ten potwór to chociaż turystów ściąga a nasi inteligenci? Topią to miasto w… sam pan wie w czym.
Jest aż tak źle? Namówiłem w końcu do rozmowy kilka osób. Dwoje nauczycieli, lekarza, urzędników, przedsiębiorcę, Czytelnik - autora listu i prawnika. Ten ostatni jako jedyny zgodził się rozmawiać pod nazwiskiem. To radca prawny Marian Kacprzyk.

Reklama

Aby pisać o inteligencji (bądź elitach intelektualnych miasta) trzeba najpierw określić, kogo mamy na myśli. Moi rozmówcy wymieniają jednym tchem: prawnicy, lekarze, nauczyciele, inżynierowie. Nie muszą już myśleć o zdobywaniu pozycji i pieniądzach, mogą zainteresować się życiem miasta.


Mówi urzędnik: Myli się pan. Ludzie w Polsce sporo pracują, także w Radomsku. Jesteśmy o wiele dłużej dziennie aktywni zawodowo niż inne nacje. Ludzie nie mają czasu, więc nie chcą go oddawać. 

Podobnie jak w liście Czytelnika, moi rozmówcy podkreślali, że inteligencja wywierała w przeszłości wielki wpływ na miasto. Z początku wietrzyłem tu sentyment, młodość zawsze lepiej wygląda we wspomnieniach. Ale nie.

Reklama

Nauczyciel z podstawówki: Dam panu przykład, bo na przykładach najlepiej. Stanisław Sankowski, zna pan nazwisko. Rzucił pomysł stworzenia radomszczańskiego muzeum regionalnego. Co tam rzucił, latami za tym chodził. Zbierał eksponaty. Myśli pan, że ktoś mu kazał? Nie, robił to dla miasta. Drugie nazwisko – Jerzy Grzymałło. To za jego dyrektorowania rozpoczęła się budowa nowego szpitala, to on rzucił ten pomysł. Myśli pan, że ktoś mu za to zapłacił? A teraz zagadka. Potrafi pan wymienić jedno takie nazwisko po 1989 roku?

Pytam więc, jak było kiedyś.

Reklama

Czytelnik, autor listu: Chodziłem do szkoły podstawowej nr 3 na ulicy Piłsudskiego. W budynku znajdowały się dwie szkoły podstawowe, numer 2 i 3, oraz na ostatnim piętrze liceum ogólnokształcące. Kierowniczką szkoły była pani Majewska. Kierowniczką, bo taki był wtedy tytuł. Osoba w przedwojennym stylu. W liceum wychowawczynią była pani Aleksandra Achmatowicz, bardzo mądra rusycystka. Przyjezdna. Po wojnie dostała tutaj nakaz pracy i już została. Na moim świadectwie maturalnym jest podpis Stanisława Sankowskiego. Człowieka z porządnym przedwojennym wykształceniem. Znosiliśmy mu przedmioty, które miały znaczenie historyczne dla miasta, bo o to apelował. Od pieniędzy, przed medale, po garnki. Stawiał za to plusy. Pamiętam też profesora Szwedowskiego, polonistę. Wie pan, co ich różniło od dzisiejszej inteligencji? Byli wykształceni kierunkowo, ale mieli szerokie horyzonty. Zdawali sobie sprawę, że nie można zamykać się w jednej roli.

Marian Kacprzyk: Przejechałem do Radomska w 1971 roku sądzić. Wtedy prym w mieście wiodły środowiska humanistyczne. Siłą dominującą byli nauczyciele. Oni nadawali ton życiu intelektualnemu i towarzyskiemu. To była grupa najliczniejsza, licząca 800-1000 osób. Środowisko prawnicze to było środowisko peryferyjne, może 30 osób. Adwokatów było 12, radców prawnych może 20, dziesięciu sędziów. Marginalne, choć wpływowe. I mocno zintegrowane. Podobnie nieduże, choć liczące się, było środowisko lekarskie. Liczyło się z racji świetnego wykształcenia, wysokich kwalifikacji i renomy.

Reklama

Pytam moich rozmówców, cóż to oznacza: nadawać ton. Odpowiadają: wpływać. Nieoficjalnie, kanałami towarzyskimi bądź zawodowymi. O budowie fabryk w Radomsku decydowały władze w Warszawie, bo to takie były czasy, ale już o drobniejszych sprawach – te powiatowe. A na nie wpływała inteligencja.

Marian Kacprzyk: Opowiem panu historię z 1981 roku. Gorące czasy, wszystkiego brakowało, ludzi ratowały paczki pomocowe z Zachodu. Moja żona pracowała wtedy w szkole podstawowej nr 8. Z tej ósemki wywodziło się wiele ówczesnych znakomitości. Ale zdarzyło się, że jedna za znaczących osób w szkole podmieniła w paczkach z zagranicy dwie sztuki spodni. Doszło do konfliktu między nauczycielami, wtedy ja publicznie wyraziłem pogląd, że nie przystoi osobie rządzącej podmieniać spodni z wycieraczki do paczki. Wielka konsternacja w mieście była. Wezwał mnie sekretarz partii. Po rozmowie przeprosił i nauczycieli i rodziców. Te przeprosiny budziły zaufanie. Władza wtedy była bardziej elastyczna.

Reklama

To właśnie nauczyciele rzucili pomysł budowy Domu Nauczyciela. Najpierw Poczta Polska wybudowała przy placu 3 maja budynek, potem postawiła blok mieszkalny dla swoich pracowników. Została niezagospodarowana plomba między nimi. Nauczyciele przekonali władze do inwestycji. Podobnie powstały korty przy boisku na ul. Kościuszki. Później spotykali się tam lekarze, prawnicy, inżynierowie i nauczyciele.

Nauczyciel, już na emeryturze: Żebyśmy się dobrze zrozumieli: to nie tak, że inteligencja o wszystkich decydowała. Ale jest teraz takie popularne określenie – miękki wpływ. Trochę przekonać, trochę pokazać korzyści, trochę pomanipulować, zaszczepiając pomysł u decydenta tak, by był przekonany, że to ona na to wpadł. W PRL-u tak się działało. Nikt nie występował wprost, nie te czasy, nie ten ustrój. Ale właśnie dzięki temu, że to było takie niedookreślone, trudno dziś ten wpływ przecenić.

Reklama

O sile środowiska najlepiej świadczyły bale. Ten największy – Bal Nauczyciela – odbywał się w Rzemieślniku. Pozostałe – prawników i lekarzy – to były bale kanapowe, na 70-80 osób. Zaszczytem było wejść na Bal Nauczyciela, o wejściówkę było bardzo trudno. Tam się spotykała śmietanka.

Marian Kacprzyk: Z lobby nauczycielskim liczyła się także partia. To było tak mocne środowisko, że sekretarzem komitetu powiatowego ds. oświaty zawsze był nauczyciel. To była trzecia osoba w komitecie.

Czytelnik, autor listu: Zwrócę panu uwagę na jeszcze jedno. Po drugiej wojnie światowej Radomsko liczyło 24-25 tys. mieszkańców. Cała żydowska część zginęła. Wielu ludzi wyjechało. Zaczynał się napływ ludności z okolicznych wsi. Podobnie było z elitami. Ludzie dostawali nakaz pracy do Radomska, przyjeżdżali i osiedlali się. Oni mieli świadomość, że są w takiej samej sytuacji, jak pozostali. Więc elity i reszta żyły razem, bez wywyższania się.

Reklama

Upadek
W 1989 roku, wraz z odzyskanie niepodległości, reformami Balcerowicza i upadkiem dużych zakładów, Radomsko straciło status miasta przemysłowego. Całe lata 90. szukało miejsca dla siebie. Ale już bez inteligencji. Ta odwróciła się od miasta plecami. Wyjaśnień jest wiele – ludzie w końcu zainteresowali się sobą, wykorzystywali możliwości, które dawał im nowy ustrój, na nic innego nie starczało im czasu. Zmieniła się mentalność. Zamiast współdziałania – indywidualizm. Zamiast uległości – przebojowość. Ludzie zbyt zajęci byli pomnażaniem własnego majątku, by zwracać uwagę na problemy miasta.

Ofiara zmian pierwsze padło środowisko prawnicze. Nastąpiła kompletna dezintegracja. Przybyli nowi ludzie, z innym etosem. Pojawiła się w mieście grupa biznesowa, i w miarę jej wzrostu środowisko prawnicze traciło na znaczeniu. Jak przekonują moi rozmówcy, biznes sobie prawników podporządkował. Z przyczyn czysto praktycznych. Jak prawnik jest zleceniobiorcą firmy, to równowagi między nimi nie ma.

Reklama

Urzędnik: Kiedyś rozmawiałem z prawnikiem o działalności politycznej. Powiedział mi tak: żadna działalność, której nie da się przeliczyć na złotówki, go nie interesuje. Ceni swój czas i każdy czas, który poświęca w ciągu dnia na jakąkolwiek działalność, wiąże się z zarabianiem pieniędzy. Potem przekonałem się, że mijał się z prawdą, bo się zaangażował, ale deklaracja padła właśnie taka.

Marian Kacprzyk: Jednym z powodów degradacji inteligencji prawniczej było poddanie się biznesowi. Podobnie jest z lekarzami. Biznes to jest zupełnie inna etyka, inne horyzonty myślowe, inne potrzeby i inne oczekiwania. Ja uważam się za inteligenta. Mnie nie jest potrzebny zegarek za 40 tysięcy czy torebka za pół miliona. To jest potrzebne ludziom próżnym.

Reklama

Pytam o takie postrzeganie przedsiębiorcę. Nie owija w bawełnę: Oni, ci inteligencji, tak lubią jeździć po biznesie, że taki, buraczany i tylko kaska go interesuje a myśli pan, że sami są inni? Niech zobaczy fury prawników. Wydają po kilka stówek, bo im to niezbędne do pracy? Litości! Pokazać się chcą, ponosić trochę ten zegarek na dziesięć tysięcy, by każdy zauważył. Możesz być super profesjonalistą, mieć kasy jak lodu a horyzonty wąskie jak koń pociągowy. Taka to niby wielka różnica?

Nikt się nie wychyli
Ale zostało przecież środowisko nauczycielskie. Najprężniejsze i największe. Inteligencja, z którą władza zawsze się liczyła, której głosu słuchała. Dlaczego ona tez wypięła się na miasto?
Opowiada emerytowany nauczyciel: My szybko zrozumieliśmy, że w nowych czasach naszym celem jest przetrwanie do emerytury.


Marian Kacprzyk: Dzisiaj nauczyciel nie może budować swojej charyzmy i kariery w oparciu o jeden przedmiot. Kiedyś, jak był matematykiem, to całe miasto go z tego znało. Jak Szablewski był matematykiem czy Czugajewska filologiem, to dzisiaj każdy w Radomsku ich z tego pamięta. Dziś nauczyciel ma cztery profesje, fizyk, chemik, biolog, geograf. Nie buduje sobie w ten sposób żadnego autorytetu. Dzisiaj nauczyciele mówią o jednym: nie wiem, czy mnie nie zwolnią w przyszłym roku, bo jest za mało uczniów. Albo będzie reorganizacja. Elementem zasadniczym nie jest budowanie swoje tożsamości w środowisku i budowanie grupy, tylko troska o byt.

Urzędnik: Jest sporo mądrych życiowo, doświadczonych i wykształconych ludzi, którzy nie chcą jednak poświęcać energii, by coś wokół siebie budować.

Nauczyciel z podstawówki: Środowisko jest słabe, zagrożone zwolnieniami i zastraszone. Szkoły podlegają samorządom, to urzędnicy w powiecie i ratuszu decydują, czy będę pracował za rok. Nikt się nie wychyli.

Marian Kacprzyk: To nie jest konformizm, tylko poczucie realności. Władza zawsze mówi: jak masz postulaty, to nam powiedz, wysłuchamy cię, bo chcemy wiedzieć, co myślisz. Tylko że to muszą być myśli zbieżne z myślami władzy. Bo władza bardzo nie lubi, jak się mówi coś innego. Każda władza. Niby chce przyciągnąć inteligencję, a jednocześnie, gdy ktoś się próbuje zbliżyć, to dostaje kijem.

Nie ma pozycji, nie ma elity
Na jeszcze jedną kwestię zwracają uwagę moi rozmówcy. Autorytety. Jeśli nie ma liderów opinii, jeśli nie ma silnych osobowości zdolnych porwać ludzi do działania, nigdy nie wykształci się środowisko zdolne wpływać na los społeczności. Czytaj: miasta.

Urzędnik: Albo nie mamy autorytetów, albo bardzo błaho z nimi postępujemy. Potrafimy je szybko wynieść na piedestał i równie szybko zrzucić. Nie ma konia pociągowego.

Lekarz: Ktoś musi nadawać ton. To mogą być osoby, a mogą być środowiska. Z kim ma dziś polemizować władza? Kto ma jej mówić, że mogłaby zrobić cos inaczej?

Marian Kacprzyk: Bez zmiany mentalności niczego się w Radomsku nie zmieni.

Czytelnik, autor listu: Henry Ford część produkcji swojej fabryki samochodów sprzedawał własnym pracownikom. Nakręcał w ten sposób produkcję. Zagonił do firmy swoje dzieci. Ale nie po to, by nabiły kasę, ale by się uczyły i zdobywały doświadczenie. Natomiast u nas ten proces przyspieszył. Jak ktoś, obojętne prawnik, nauczyciel czy przedsiębiorca, zaczynał tłuc pieniądze, nie zaganiał dziecka do pracy lub do nauki, tylko kupował mu samochód. Nie ma długoplanowego myślenia. Jak na takiej bazie maja powstawać autorytety?

Marian Kacprzyk: Nauczyciele nie wywierają intelektualnego wpływu na miasto, bo ich pozycja jest bardzo słaba. Obniżyła się pozycja lekarzy i prawników. A zasada jest jedna: nie ma pozycji, nie ma elity.

Zdechło czy nie zdechło?
Kto powie – inteligencja była i się skończyła. Inne czasy, inny świat, inna rzeczywistość. Może. Ale Radomsko potrzebuje nie tylko lepszej pracy i lepszych pensji, potrzebuje także własnej tożsamości. Tej nie stworzą politycy, bo oni z natury rzeczy, natury polityki i kampanii wyborczych, nie łączą a dzielą. Tylko intelektualne elity mogą wchodzić z dyskusję z władzą. Dać impuls do działania. Nie być konkurencją, ale korektorem.

Niektórzy moi rozmówcy twierdzą, że Radomsko zdechło. Ostro. Przekonują, że bez odbudowy relacji społecznych miasto się nie dźwignie. Bo potrzebne są dwie rzeczy: dobre relacje społeczne i pieniądze. Jeśli każdy wpływowy mieszkaniec wykorzystałby swoje możliwości towarzyskie, rodzinne i zawodowe, może przyszłyby pieniądze.

Marian Kacprzyk: W Piotrkowie Trybunalskim działa mało medialne, ale wpływowe Towarzystwo Przyjaciół Piotrkowa. Są w nim byli i obecni ministrowie i inne znakomitości wywodzące się z miasta. Absolutna śmietanka. I jaki jest trend? Piotrków ma praktycznie wszystko, co chce, rozwija się dynamicznie, ma budżet 3,5 raza większy niż Radomsko, choć ludzi tylko o 25 proc. więcej.

Andrzej Andrysiak

(tekst opublikowany w Gazecie Radomszczańskiej w lipcu 2016 r.)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości