Oddział intensywnej terapii. Siedem łóżek, wszystkie zajęte. Cisza. Słychać tylko rozmowy personelu. Przy łóżkach urządzenia, których działania nie rozumiem. Monitory, stojaki, kroplówki, małe pudełka z wyświetlaczami, buteleczki, opatrunki, fiolki. Pełno rurek. Przy każdym łóżku respirator. Te urządzenia oddychają za chorego, gdy sam nie jest w stanie. Tak przebiega najcięższa postać Covid-19. To nie jest „taka grypa”, jak do znudzenia powtarzają koronasceptycy. - Dziennikarz Gazety obserwował z bliska, jak pracuje OIOM dla pacjentów covidowych w radomszczańskim szpitalu
Równo rok temu rozpoczęła się druga fala pandemii. W kraju zmarło z jej powodu kilkanaście tysięcy ludzi. W sumie od początku pandemii zmarło w Polsce 75 tys. osób. Wtedy też, jak teraz, wielu bagatelizowało problem. Przypominamy teksty Gazety, które wtedy opublikowaliśmy. Tak wtedy było...
Andrzej Andrysiak aa@radomszczanska.pl
Poniedziałek, 26 października. Przedpołudnie. Ledwie kilka minut temu Ministerstwo Zdrowia w codziennym komunikacie podało, że w Polsce mamy 10.241 nowych przypadków zakażeń. 45 osób zmarło w ciągu ostatniej doby. To dane z weekendu, więc jest spadek. Od wtorku znów się zacznie. W powiecie radomszczańskim w niedzielę były 64 nowe przypadki. Aktywnych chorych jest 713.
Parkuję, zabieram aparat, telefon i idę do szpitala. Na OIOM.
W środku cicho, jest zakaz odwiedzin, kto nie musi, nie zagląda. Ja też nie muszę, ale chcę zobaczyć z bliska, jak wygląda pierwsza linia obrony. I chyba ostatnia. Piotr Kagankiewicz, dyrektor radomszczańskiego szpitala, zgodził się, by dziennikarz Gazety wszedł na OIOM covidowy. To ten, który zajmuje się tylko pacjentami z koronawirusem. Nasze ryzyko. Bo ryzyko jest. Trochę się boję.
Dawno nic mnie tak nie rozwścieczyło. Wpisy, komentarze, stek głupot, informacji z niewiadomego źródła, fejków i hejtu. Ofensywa koronasceptyków. Znajomy twierdzi, że to nie poglądy, tylko brak wiedzy, ale mnie się wydaje, że ani jedno, ani drugie. Na świecie zarażonych koronawirusem jest 46 milionów ludzi, koronagłupotą pewnie kilka razy więcej. Najgorsze, że ich sabotaż rozlewa się po Internecie i infekuje.
Od dawna kołacze mi się po głowie myśl, że pandemia zweryfikowała negatywnie naszą społeczną empatię. Koronawirus to choroba słabszych: starszych, doświadczonych chorobami, osłabionych. Nie w tym sensie, że dotyka tylko ich, ale ich dotyka najbardziej. A wielu sytych, zdrowych, silnych, młodszych wypina się na nich z hasłem na ustach: to wasz wymysł, dajcie nam zarabiać.
Ugotowany
Wjeżdżam na pierwsze piętro szpitala, piszę SMS-a, że jestem na miejscu. Czekam chwilę, otwierają się drzwi na oddział.
Kilka warstw, które mają chronić. I chronią, a jednocześnie ciążą. I to bardzo
- Pan na pewno do mnie.
Wita mnie lek. med. Bernardeta Kołodziejczyk, kierownik Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii radomszczańskiego szpitala. Nie witamy się uściskiem dłoni, pandemia zmieniła zasady savoir vivre’u. Idziemy do pokoju lekarskiego.
- Najpierw rozmawiamy, czy najpierw idziemy na salę?
- Idziemy.
- To jeśli pan chce się napić, proszę teraz. I jeśli potrzeba, niech pan skorzysta z łazienki. Potem nie będzie jak. Gotowy?
Przytakuję. Jeszcze tylko kontrola, czy nie mam na sobie biżuterii, zegarka, kolczyków (nie mam) i możemy iść.
Zanim wejdziemy na oddział, musimy założyć strój ochronny. Jednorazowy. Przy wyjściu wszystko trafia do kosza. Następne wejście, następny komplet.
Wchodzimy do pomieszczenia. - Tu mieliśmy pokój do szybkich zabiegów, teraz to przebieralnia.
Wszędzie pudła pełne jednorazowego sprzętu. Na środku kosz - Proszę, najpierw to - Bernardeta Kołodziejczyk podaje mi zafoliowaną paczkę. - Rozbiera się pan do majtek i zakłada.
Wskazuje na stopy. - My tu nosimy klapki na gołe stopy, bo puchną w ochraniaczach. Ale pan niech idzie w swoich butach. I tak będziemy odkażać.
Rozbieram się, rozrywam opakowanie, zakładam najpierw bluzę z krótkim rękawem, potem spodnie. Dziwny materiał, jakby cieniutka cerata. Bernardeta Kołodziejczyk wychodzi do pomieszczenia obok, też się przebiera. Wraca. - Bluzę proszę wpuścić w spodnie i związać sznurkiem.
Kolejna zafoliowana paczka. Kombinezon. Biały, jednoczęściowy, zapinany z przodu na zamek błyskawiczny i taśmę. Wciskam najpierw nogawki, potem zaciągam część na plecy i wkładam ręce w rękawy. Gorąco. Teraz czepek. Zakładam na głowę, wiążę z tyłu. Szefowa OIOM podaje mi małą paczkę.
- Rękawiczki.
Są gumowe, jednorazowe, oznaczone na lewą i prawą dłoń. Zakładam. - Proszę zaciągnąć jak najwyżej do łokcia.
Zakładam, bierze nożyczki i nacina dwa małe otwory od wewnętrznej strony rękawa, tuż przy końcu. Naciągamy te otwory na kciuki, teraz rękawy kombinezonu zakrywają część dłoni. Jak w strojach sportowych.
Druga para rękawiczek. Naciągam je, potem przeguby rąk obwiązujemy plastrem tak, aby połączyć rękaw i gumę rękawiczek. Jest szczelnie. Zapinamy kombinezony pod szyję, potem odrywamy zabezpieczający pasek i dociskamy jeszcze taśmę wzdłuż zamka błyskawicznego.
- I jak, gorąco?
Pot leje mi się po plecach. - To dopiero początek. Po dwudziestu minutach człowiek jest ugotowany.
Jeszcze szczelne ochraniacze na stopy, ściągnięte gumką. Podciągam je aż do łydek.
Dostaję maskę. Jest inna, niż te zwyczajne, chirurgiczne. Bardziej dopasowana. FFP3, antywirusowa i antybakteryjna. Jest w stanie zatrzymać 99 procent cząstek. Dopasowuję do twarzy. Sięgam po kaptur, chcę naciągnąć. - O nie, proszę poczekać, jeszcze jedna.
Zakładam drugą maskę, chirurgiczną. Teraz kaptur. Liczę: dwie szczelne warstwy ubrania, od stóp do głowy, dwie maski, trzy pary rękawiczek. Czuję, że moje ciało nie ma dostępu do tlenu. Jeszcze przyłbica. Okulary mi parują. Chcę je poprawić.
- Niech pan to teraz dopasuje, bo tam nie można dotykać twarzy.
Bernardeta Kołodziejczyk pomaga mi z maseczką, wie jak dopasować. Zakładam przyłbicę.
„Tam” to sala intensywnej terapii. Siedem łóżek, wszystkie zajęte. Pacjenci w bardzo ciężkim stanie. To nie jest „taka grypa”, jak do znudzenia powtarzają koronasceptycy. Ci pacjenci nie mogą sami oddychać, robią to za nich urządzenia. Tak przebiega najcięższa postać Covid-19.
Cisza. Słychać tylko rozmowy lekarki i pielęgniarek. Sala rozświetlona słońcem. Przy łóżkach urządzenia, których działania nie rozumiem. Monitory, stojaki, kroplówki, małe pudełka z wyświetlaczami, buteleczki, opatrunki, fiolki. Pełno rurek. Przy każdym respirator. Te urządzenia oddychają za chorego, gdy sam nie jest w stanie.
Pamiętam, że nie mogę niczego dotykać, stoję więc, ściskając w jednej ręce telefon, w drugiej aparat. Tylko to mogłem wnieść. Robię zdjęcia, ale tak, by nie ująć twarzy. Słucham. - W podwójnej maseczce i przyłbicy niewiele słychać, musimy mówić głośno.
Na zmianie w części covidowej jest jeden dyżurujący lekarz oraz cztery pielęgniarki
Pacjenci przykryci zielonym materiałem, zastanawiam się, czy im nie zimno. Bernardeta Kołodziejczyk zakłada kolejną rękawiczkę, spryskuje ją środkiem bakteriobójczym, podnosi kawałek materiału przy nogach nieprzytomnego pacjenta i pokazuje coś w rodzaju cienkiego, dmuchanego materaca. Nim nakryty jest pacjent. Materac podłączony jest do szarego pudełka, które stoi przy łóżku.
- W ten sposób schładzamy pacjenta, gdy ma za wysoką temperaturę. Albo ogrzewamy, gdy jest taka potrzeba.
Ściąga rękawiczkę, podważając od środka kciukiem i wywija na druga stronę. Tak, by nie dotknąć zewnętrznej powierzchni. Rękawiczka ląduje w koszu.
Zaparowały mi okulary. Oddycham głęboko kilka razy, znów coś widać.
Obserwuję ekipę przy łóżku pacjenta. Odłączają pacjenta od respiratora, wraca do samodzielnego oddychania. Jest najmłodszy na sali, ma najsilniejszy organizm. Chyba przetrwał najgorsze. Ciężko oddycha, w płucach coś chlupoce. Nie jest świadomy tego, co się dzieje.
Na łóżku obok starszy mężczyzna. Będzie miał prześwietlenie płuc. Podjeżdża aparat rentgenowski z wysięgnikiem. Nawet nie wiedziałem, że coś takiego istnieje. Na czas zdjęcia chowamy się za ścianą.
Na sali są dwie pielęgniarki i lekarka. Będą tu trzy godziny. Potem zmieni je następna ekipa. Wejście na OIOM covidowy to każdorazowe ubranie się w strój ochronny i rozebranie. Trzy godziny w sterylnej kombinezonowej puszce, bez możliwości nawet podrapania się po twarzy. Zwykle zmiana trwa 12 godzin, ale teraz, w czasie pandemii, często 24. Radomszczański OIOM to dwie sale, jedna dla pacjentów covidowych, druga dla pozostałych. Cały dyżur trwa 12 godzin na jednaj sali, 12 na drugiej. 24 godziny?
- Tak właśnie pracujemy - odpowiada Bernardeta Kołodziejczyk.
Pytam, ile trwa przerwa między takimi dyżurami pielęgniarek.
- Czasami tylko 12 godzin.
Przed covidem mieli takich dyżurów 6-7 na osobę w miesiącu. Teraz jest 10-11. Jedna dziesiąta załogi oddziału - w sumie to około 30 pielęgniarek i 12 lekarzy - już chorowała.
- Na szczęście bez ciężkich objawów.
Na zmianie w części covidowej jest jeden dyżurujący lekarz oraz cztery pielęgniarki. Dwie pracują na sali, wymieniają się co trzy godziny.
Teraz wyjście. Przechodzimy do małego pomieszczenia, spryskujemy kombinezony środkiem bakteriobójczym, także rękawiczki. Potem zdejmujemy jedną parę. Potem przyłbica, też do spryskania. Kombinezon zdejmujemy zwijając go w rulon po zewnętrznej części ciała. Druga para rękawiczek. Wszystko ląduje w koszu. Teraz szmatkami bakteriobójczymi czyszczę telefon i aparat fotograficzny. Zdejmuję maskę, rękawiczki, dezynfekuję podeszwy butów w misce z płynem bakteriologicznym. Przechodzimy przez dwie grube foliowe kurtyny, wracamy do pierwszego pomieszczenia. Tam zdejmuję ostatnią warstwę ubrania, zakładam swoje.
- I jak wrażenia? - pyta kierownik OIOM-u.
- Straszne warunki - odpowiadam. Choć to chyba złe słowo. Lepiej pasuje: bardzo ciężkie. Wydaje mi się, że te zasady sterylności doprowadziłyby mnie do szału.
- A proszę pamiętać, że my tam byliśmy poniekąd rekreacyjnie. Mogliśmy stać, nie ruszać się i obserwować. A niech pan sobie wyobrazi, że trzeba tam pracować. Ciężko
Pół roku zmarnowali
Bernardeta Kołodziejczyk przechodziła covid na początku października. Dwa tygodnie była wyłączona, na szczęście bez ciężkich objawów. O koronasceptykach jej się nawet mówić nie chce. Jakby to od niej zależało, każdego by ubrała na dwie godziny w strój ochronny i zaprosiła do pomocy przy pacjentach na oddziale. Choć w sumie mało prawdopodobne, że to by coś dało.
Jej oddział od 14 października został przekształcony w covidowy. Zajmuje się tylko takimi pacjentami. Decyzja wojewody. Praktycznie z dnia na dzień. Denerwuje się, gdy mówi, jak do pandemii podchodzi „góra” - ministerstwo zdrowia, rząd:
- Pół roku zmarnowali. Nic się nie działo od pierwszej fali, żadnych przygotowań. Teraz nagle się obudzili. My jeszcze jesteśmy jakoś przygotowani, bo zapobiegawczo zadziałał dyrektor i personel szpitala. Odgórnie dyspozycje są wydawane chaotycznie i z dnia na dzień. Bez zapoznania się z realiami i możliwościami. Przychodzi pismo od wojewody, że z dniem takim i takim, najczęściej to jeden czy dwa dni do przodu, szpital ma zabezpieczyć tyle i tyle łóżek dla covidowców, w tym tyle i tyle respiratorowych. Nie pytają, czy są możliwości lokalowe, co zrobić z pacjentami, którzy już leżą, ich to nie interesuje. Wszystko spada na nas. Na dół. Ich nie interesuje czy się da, czy to możliwe. Myślą, że wystarczy rozkaz „wykonać”.
Wiosną, podczas pierwszej fali, było jeszcze w miarę normalnie. Pacjentów z objawami badali w kierunku covid, ale wyniki były ujemne. Zaczęło się jesienią. Pierwsza pacjentka covidowa trafiła na OIOM w Radomsku 27 września.
Pokazuje mi grafik dyżurów lekarskich rozpisany na tablicy. Grafik pielęgniarek jeszcze bardziej napięty. - Jak ktoś zachoruje i wypadnie, nie będziemy w stanie go spiąć. Poza oddziałem zapewniamy też pracę bloku operacyjnego, plus obstawiamy salę do cięć cesarskich plus interwencje w całym szpitalu, reanimacje, intubacje, podłączanie do respiratora z jakiegokolwiek powodu. Wszystko zależy od liczby ludzi. Dwa, trzy miesiące w pełnym składzie jesteśmy w stanie funkcjonować na takich obrotach. Ale potem przyjdzie zmęczenie materiału. Bo się tak nie da. Na listopad mamy po 10-11 dyżurów. 24-godzinne. Czyli statystycznie co trzecią dobę spędzamy poza domem. A jeśli ktoś jeszcze gdzieś pracuje to na życie prywatne naprawdę nie ma czasu. Jesteśmy odcięci od wszelkich przyjemności pozapracowych. 24 godziny w zamknięciu, na wysokim poziomie adrenaliny. Jak pan myśli, ile tak się da?
Nie wiem. Powinienem myśleć, że jak najdłużej. Ale to tylko ludzie. Myślę sobie, że powinniśmy personel szpitala - lekarzy, pielęgniarki, ratowników, salowe, sprzątaczki - nosić na rękach, bo teraz wszystko od nich zależy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze