Reklama

Bo karetki jeżdżą teraz tylko do covidowców, ku...wa! A nas kto będzie ratował?!

Przede mną stoi sześć osób. Bez maseczek, ramię w ramię, z transparentami w dłoniach. Anna Dziadkiewicz czyta list, który ma kilkanaście stron. Słyszę: wzywamy do zakończenia nieuzasadnionych epidemiologicznie działań i natychmiastowego przywrócenia normalnych, demokratycznych zasad funkcjonowania państwa, struktur prawnych, wszystkich naszych swobód obywatelskich oraz przestrzegania praw człowieka. I jeszcze, że oszustwo, plandemia i koronapanika. I czuję, jak ogarnia mnie strach.

Wybór miejsca jest groteskowy, choć Anna Dziadkiewicz na moje pytanie, dlaczego akurat tutaj, odpowiada: jest symboliczne.

Wejście na Stary Cmentarz, środowy wieczór. Ciemno. Na cmentarzu pojedynczy ludzie. Właściwie jesteśmy tu tylko my. Wiem, że pani Anna może mnie już więcej na żadne organizowane przez siebie wydarzenie już nie zaprosić, ale od wczoraj nie mogę sobie dać z tym rady i po prostu, tak po ludzku, muszę. Więc piszę.

Stanęli obok siebie w wejściu. Przekonani o słuszności swoich racji przekazywanych na profilach i w linkach, które sobie przesyłają.

Reklama

 

Happening odbył się bez widowni. Został nagrany, więc znajdzie się w sieci

Kilka godzin wcześniej premier ogłosił kolejne obostrzenia, po tym, jak zmarło kolejnych 373 pacjentów zakażonych koronawirusem. Najwięcej do tej pory jednego dnia. Odbieram telefon i słyszę, jak pani Anna mówi: musimy reagować, nie możemy tego tak zostawić.

Kwadrans przed 17 jestem przy pomniku KWP na Starym Cmentarzu. Po chwili przychodzi dwóch młodych chłopaków. Czekają tak jak ja. Pewnie są od niej. Kilka minut po 17 słychać rozmowy kilku osób. To reszta tej grupy. - Tu staniemy - dyryguje Anna Dziadkiewicz. I ustawia tych ludzi w bramie.

Reklama

Rozglądam się dookoła, nikogo nie ma. Jestem tylko ja. Komu i co chce powiedzieć? - Dlaczego nie tam, gdzie są ludzie? - pytam. - To miejsce jest symboliczne, a to jest happening, który odbywa się w całej Polsce - odpowiada. Jeden z chłopaków nagrywa, ona czyta.

Kilka osób wychodzi z cmentarza, patrzą zaciekawieni, po kilkunastu sekundach idą dalej. Może na minutę zatrzymuje się kobieta, która stara się zrozumieć co tu się dzieje i czyta napisy na transparentach. Nie wiem co myśli, trudno to wyczytać z twarzy zasłoniętej maseczką.

Reklama

Później znajdę list w sieci zobaczę pod nim podpis dr Doroty Sienkiewicz, jako współautorki, i link prowadzący do strony, gdzie można się pod nim podpisać. A tam hasło: Wycofać totalitaryzm pod pozorem pandemii.

Na razie jestem jednak przed wejściem na cmentarz i nie wierzę w to co widzę. Pierwsza myśl: o czym tu informować w Gazecie. O tym, że w taki sposób, to my z pandemią nie wygramy? Że w szpitalu prawie codziennie umierają czyjeś babcie i dziadkowie, bo to oni są najsłabsi i kiedy przestają oddychać, trzeba podpiąć ich do respiratora? Że gdyby ktoś ich nie zakaził covidem, to ze swoją cukrzycą, miażdżycą (wpisać właściwą chorobę współistniejącą) może przypilnowaliby wnuki, żyli jeszcze miesiąc, dwa, a może dwa lata? Że ktoś, kto uważa, że to plandemia a nie epidemia, przyczynia się do śmierci innych? I jeszcze twierdzi, że to nie covid, ale tak wpiszą w szpitalu, bo na tym się zarabia?

Reklama

Nie mogę dłużej. Odchodzę. I pewnie na tym ta historia by się skończyła.

Jestem blisko swojego bloku. Z daleka widzę wóz strażacki i błyskające światła. Przy bloku moi sąsiedzi obserwują to, co dzieje się po drugiej stronie ulicy. Strażacy udzielają pomocy leżącemu na chodniku mężczyźnie. Mówią kto to, wszyscy go znają, wystaje tu każdego dnia, właściwie nie robi nic innego.

Po kilku minutach jeden ze strażaków rozwija czerwony parawan. Na chwilę zapada cisza, a potem wszyscy już wiedzą. Nie żyje.

Reklama

Mówię, że strażacy coraz częściej zastępują pogotowie ratunkowe, takie mamy czasy. I słyszę: - Bo karetki jeżdżą teraz tylko do covidowców, ku...wa! A nas kto będzie ratował?!

Czuję mróz na plecach, bo widzę już, jak ktoś niezadowolony atakuje kogoś, u kogo stwierdzono covid. Bo staje się wrogiem zdrowego, który chce mieć komfort i pewność, że jak będzie potrzebował, to karetka przyjedzie do niego. I widzę jak rodzi się kolejny podział, w tak przecież podzielonym kraju. Da się jeszcze bardziej? Jak widać, da się.

Reklama

A wystarczyłoby, nawet jeśli ktoś w koronawirusa nie wierzy, zastosować się do zasad. Tylko tyle i aż tyle. Zacisnąć zęby i przetrwać. Bo wtedy covidowców będzie mnie, a wolnych karetek więcej. Tylko musimy zadbać o to wspólnie. A na razie skaczemy sobie do gardeł.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości