Nie walczymy na froncie, nie spadają na nas bomby, ale jesteśmy na tej wojnie. Żyjemy wojną w Ukrainie. O niej mówimy, z przerażeniem patrzymy na kolejne bombardowania, ostrzały rakietowe i ich tragiczne skutki.
Zabitych i rannych. Kiedy media informują o śmierci niemowląt czy kilkuletnich dzieci trudno nie płakać. To ludzkie i potrzebne.
Na granicy na pomoc czekają kolejne tysiące uchodźców. Przede wszystkim matek z dziećmi, które przecież mogłyby płakać. Nawet powinny. Zostawiły tam swoich mężów, ojców, synów. Teraz jednak najważniejsze jest bezpieczeństwo córek, synów, matek.
Łzy wzruszenia cisną się do oczu, kiedy widzimy, jak uciekające przed wojną kobiety są przyjmowane, także w Radomsku. Czy ktokolwiek wcześniej pomyślał, że to możliwe? Że wykażemy się taką empatią? Że będziemy tak ofiarni?
Ten artykuł przeczytasz tylko z aktywną prenumeratą cyfrową. Skorzystaj z subskrypcji
Pozostało 73% tekstu do przeczytania.
Wykup dostępTwoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze