Do lekarza specjalisty najbliższy termin za kilka miesięcy, na rehabilitację za rok, w przychodni kolejki takie, że po leki na przeziębienie trzeba czekać kilka godzin. Do tego opryskliwe pielęgniarki i lekarze, którzy nie chcą dać kolejnego skierowania na badania. Z drugiej strony pacjenci, którzy potrafią zaleźć za skórę. Służba zdrowia ma zły, bardzo zły PR. Bo ledwo zipie
(Przypominamy najważniejsze tematy Gazety Radomszczańskiej w 2019 r. Tekst opublikowany w nr 47/2019)
Janusz Kucharski
Służba zdrowia, ten termin powstał jeszcze w latach „słusznie minionych”, kiedy pacjenci gięli się w ukłonach przed lekarzem, a dowcip: „Do której pan doktor dzisiaj przyjmuje? Do lewej.” - nie był tylko dowcipem. Dzisiaj wielu woli termin „ochrona zdrowia”. Bo dzisiaj to już bardziej biznes niż służba. Z tym, że ten biznes nie działa jak dobrze prowadzona firma.
Kolejne rządy zapowiadają zmiany, przy okazji nie zostawiając suchej nitki na poprzednikach. A w służbie/ochronie zdrowia (niepotrzebne skreślić), nic się nie zmienia. Kolejki jak były tak są, nerwy i frustracje w poczekalniach coraz większe, a wystarczy zajrzeć do gazety, obejrzeć wiadomości czy otworzyć serwisy w Internecie, żeby wśród wielu informacji znaleźć taką, że jest źle, albo tragicznie. W tym szpitalu, tamtej przychodni, albo innej klinice.

- Jedziemy na oparach - mówi radomszczański lekarz, w zawodzie od wielu lat.
Najpierw ten pacjenta. Stoi przy okienku do rejestracji od 6 rano, w długim ogonku. Przyszedł wcześnie, bo gdyby zjawił się o godz. 7, gdy rejestracja jest otwierana, to by się nie dostał. I do neurologa, kardiologa czy innego specjalisty zabrakłoby dla niego terminu. Lepiej więc wstać wcześniej i nie ryzykować. Bo jak się trochę postoi, poplotkuje, ponarzeka, i dostanie karteczkę z datą jeszcze w tym kwartale, będzie super.
Albo w kolejce już przed gabinetem. Niby system kolejkowy obowiązuje, powinno się przyjść pięć minut przed wejściem, ale kto tak robi? Trzeba przyjść godzinę wcześniej i zapytać: kto z państwa ostatni? No to ja za wami.
I jeszcze się nadenerwować, że ktoś „tylko po receptę”, a w gabinecie spędza kwadrans. Albo przyszła kobieta w ciąży i trzeba ją przepuścić. A że na drzwiach gabinetu napisane, że lekarz przyjmuje od 8 rano, a przychodzi 8.30? To norma. Zdążyliście się przyzwyczaić.
A jak trafi ten pacjent do szpitala, to się nagłoduje. Dramat. Gdyby żona obiadów nie przynosiła, to by tu pewnie z głodu zszedł. Takie rozmowy pozwalają zabić czas, a świetnie pasują do miejsca.
A ja to na rehabilitację czekam już 8 miesięcy. Za 8 miesięcy to ja się ruszać już nie będę. A lekarz na skierowaniu napisał mi, że pilne. Drukowanymi. I co z tego? Pani w rejestracji mówi, że wcześniej się nie da i już. Poszłam prywatnie, bo przecież trzeba się leczyć, ale na pewno nie na NFZ.
Bo żeby się w Polsce leczyć, to trzeba mieć końskie zdrowie. A ta gdzie się pcha bez kolejki.
Ostatnie dane Naczelnej Izby Lekarskiej mówią, że do października tego roku z Polski do pracy za granicą wyjechało już tylu lekarzy, co przez cały zeszły rok.
- Generalnie my jedziemy już na oparach - mówi lekarz z wieloletnim stażem w zawodzie. - Proszę przeanalizować radomszczański rynek służby zdrowia pod kątem personelu medycznego. Ile osób, które skończyły studia, wróciło do miasta? Tu już nikt nie wraca. To Ewa Kopacz zafundowała nam taki system kształcenia medyków. Wydłużając czas studiów czy specjalizacji do 10 czy 11 lat. Bo ktoś zapuszczający korzenie w dużym mieście przez kilkanaście lat nie wróci na prowincję i nie będzie zaczynał życia od nowa.
Jest coś, co może ich przekonać? Nasz rozmówca mówi o wójtach, którzy chcąc ściągnąć do gminy lekarza, proponują mieszkanie za darmo albo działkę pod budowę domu. Też za darmo. - I nikt nie przychodzi. Za to sukcesywnie się kruszymy. Tu gdzie pracuję, w ciągu ostatnich dwóch tygodni odeszły dwie osoby, a na ich miejsce nie ma nikogo. I lepiej nie będzie.
- Mamy epidemię starości i mówię o tym od lat. Jedni chcą słuchać, inni nie, ale taka jest prawda. Dla wielu starszych osób jedyną rozrywką w życiu jest poczekalnia w przychodni. Nie mówię o tych, którzy chorują i muszą się leczyć, ale jest bardzo duża grupa tych, którzy przychodzą, żeby nie siedzieć w czterech ścianach, żeby zabić czas. Wszyscy o tym wiemy, a wielu moich pacjentów mówi, że tę czy tamtą panią widzą tu zawsze.
Są też plusy. Technologia, warunki w szpitalu, są jak na zachodzie. Mamy się czym pochwalić, a chwalą także mieszkańcy Pajęczna, Częstochowy, Włoszczowy czy Piotrkowa Trybunalskiego. Wolą trafić do Radomska niż do szpitali w swoich miastach. Bo u nas czyściej, ładniej, przyjemniej, sprzęt nowszy. I więcej badań zrobią.
A już oddział położniczy cieszy się dużą sławą. Opieka, pokoje rodzinne, rodzą tu nawet matki z Łodzi, co 20 lat temu było nie do pomyślenia. Tylko co z tego.
- Informatyzacja ułatwia pracę nam, a pacjentom życie. Ale pacjenci nie chcą z tego korzystać. Muszę z nimi walczyć. Mogę wypisać receptę na pół roku, nawet na rok. I jest wielki opór, żeby wzięli receptę na choćby cztery miesiące. Bo pacjent chce przyjść za miesiąc. Ma czas, posiedzi w poczekalni. I pewnie ponarzeka jak zawsze, że kolejka długa. Tylko, że to on jest w części za to odpowiedzialny. Nie pomaga tłumaczenie, że siedzenie w sezonie grypowym w korytarzu pełnym kaszlących i kichających ludzi nie ma najmniejszego sensu.
Lekarz wymienia dalej: dofinansowanie leków dla ludzi w wieku 75+ nie działa, bo miały być wszystkie, a nie są, pacjenci nie korzystają z e-recept, bo to jakaś fanaberia. Wolą wejść do gabinetu i pożalić się lekarzowi.
- A ilu zna pan ludzi, którzy w ogóle nie narzekają? Na to, że chorują, że nie mają czasu albo pieniędzy, lepszego samochodu, mieszkania. To jest wpisane w polską mentalność. Narzekać. A z drugiej strony czego ci ludzie oczekują? Ktoś ma od kwadransa gorączkę i uważa, że powinien zostać natychmiast przyjęty. A gorączka to objaw tego, że organizm walczy z chorobą. Dobry objaw. Jesteśmy dzisiaj tak niezaradni. Jak pan był dzieckiem, pańska mama biegała z panem po lekarzach, kiedy miał pan gorączkę, bolał pana ząb, albo ugryzł pana komar? A dzisiaj najprościej jest dać tabletkę.
Od lat Polacy są w czubie nacji, które kupują najwięcej leków i suplementów. Apteki w Polsce to jeden z lepszych biznesów. Zostawiamy tam mnóstwo pieniędzy.
- Tabletka, lek na wszystko. A większość na receptę. Trzeba iść i odstać swoje w następnej kolejce.
Rehabilitacja za rok? Zabieg za sześć miesięcy? Specjalista w przyszłym kwartale? Ja jestem chory teraz, teraz potrzebuję pomocy. Frustracja pacjentów rośnie.
- I ja to rozumiem - komentuje nasz rozmówca. - Jednak tych starszych osób wymagających nie tylko leczenia farmakologicznego, ale i usprawniającej rehabilitacji, pomocy dietetyka, jest coraz więcej. A my w to w ogóle nie inwestujemy. Niby jest tych usług dużo, ale zapotrzebowanie jest kilka razy większe i stale rośnie. Kolejne pytanie: na ile osoby, które z tego korzystają, są rzeczywiście takimi pilnymi pacjentami? Od rehabilitantów słyszę, że coraz więcej ludzi przychodzi nie po pomoc medyczną, ale wręcz na masaże relaksacyjne.
Zresztą, wszystko i tak dzieje się za późno.
- Bo wcześniej na rehabilitację nikt nie ma czasu. A w tym wieku, nie oszukujmy się, to już jest musztarda po obiedzie. Tak samo jest z leczeniem sanatoryjnym. Skierowanie pacjenta w wieku produkcyjnym do sanatorium to walka, żeby on tam pojechał. Pacjent chce jechać, kiedy skończy 60, 65 lat, jest na emeryturze i ma czas. Tylko nie o to w tym chodzi. Bo nie da się wyrehabilitować numeru PESEL, żeby tam cyfr ubyło.
Jedna z ostatnich informacji znalezionych w sieci: lekarze w NZOZ-ach (niepublicznych przychodniach) nie wypisują skierowań na badania, bo właściciele karzą ich potrąceniami z wynagrodzenia. Za „ponadlimitowe” badania płacą z własnej kieszeni.
- A przecież NFZ płaci więcej za większą pulę badań. Są dwie strony tego medalu. Z jednej strony pacjenci, którzy wymuszą wiele niepotrzebnych badań, a z drugiej lekarze, którzy zlecają ich niepotrzebnie aż tyle - mówi lekarz. - Kontrolowanie co miesiąc cholesterolu, morfologii u zdrowej osoby nie ma sensu. Ale pacjent się domaga, bo mu się należy, to pewnie wypisze dla spokoju. Lekarz pisze tylko dlatego, że ktoś tego badania chce.
Nie wszystkie badania może zlecić lekarz z przychodni. Wtedy kieruje pacjenta do szpitala. Tam trafia się na rezonans czy inne wysokospecjalistyczne badanie. Ale procedura trwa trzy dni, w czasie których pacjent się nudzi i ogląda telewizję. Bo jak nie poleży w szpitalnym łóżku to NFZ nie zapłaci. I dyrekcja będzie miała problem.
- To jest bzdura, ale taki jest przepis. Co prawda są już oddziały opieki jednodniowej, co nieco poprawia sytuację, jednak wciąż jest wiele sytuacji, gdzie hospitalizacji dałoby się uniknąć. Jednak w przychodni nie możemy zlecić pewnych leków, na przykład wziewnych. Więc dzieci muszą trafić do szpitala, żeby im tam je wypisali. Kolejna bzdura. Takich absurdów jest wiele. Tylko, że to lata zaniedbań i nie da się tego wyprostować tak łatwo, jak się komuś wydaje.
Nasz rozmówca mówi o służbie zdrowia w Czechach i na Słowacji. - Tam wprowadzono odpłatność. Symboliczną. I to wcale nie jest głupie. Gdyby pacjent płacił, a płatnik, czyli NFZ, później mu to rekompensował, na pewno zmniejszyłoby to kolejki. Tylko pytanie czy nasze społeczeństwo jest na to gotowe?
Pieniądze to jedno, ludzie to drugie. Brakuje też pielęgniarek. Średnia wieku w tym zawodzie rośnie. Coraz więcej pacjentów przypada na jedną pielęgniarkę.
Zresztą średnia wieku wśród radomszczańskich lekarzy także do najniższych nie należy.
- My już w tej chwili nie mamy kadry - mówi nasz rozmowca. - Nie ma kto pracować. W POZ-etach nawzajem wyrywamy sobie lekarzy. Powtarzam, jedziemy na oparach. I nie ma żadnej perspektywy. To straszne, bo średnia wieku lekarzy w POZ-eatach to grubo ponad 50 lat. Kiedy słyszał pan o jakimś młodym lekarzu? Oni tu nie wracają. I nic ich tu nie ściągnie. Tylko pacjentów, coraz starszych, będzie przybywać. Oni będą się denerwować na personel, personel i lekarze też z czasem coraz częściej będą wybuchać. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Mnie praca z tyloma pacjentami i w tylu miejscach przyjemności nie sprawia. To nie jest normalne. Nie ma czasu na odpoczynek, nie ma czasu na kształcenie, to zwyczajne wyrywanie godzin z każdej doby. Prostej recepty nie ma. Dla mnie najważniejszy jest teraz czynnik ludzki. Przy tej liczbie kadry nie jesteśmy w stanie sprostać oczekiwaniom ludzi i tego rynku zdrowia.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze