Stateczny, przykładny, niczym się nie wyróżniający. W pracy. Po niej - hazardzista i imprezowicz. Gdy jego fałszerstwa wyszły na jaw - poszedł w „Polskę”. Przypominamy historię Kasjera z Gidel.
Jest lato 1966. W Polsce rządzi towarzysz Gomułka, kraj obchodzi tysiąclecie państwowości, buduje się „tysiąc szkół na tysiąclecie”, a w Gidach afera. Zniknął Józef G. kasjer Przedsiębiorstwa Maszyn Rolniczych. Jeszcze chwilę temu widzieli go na przystanku, a teraz nie ma po nim śladu. Do zakładu zjeżdżają kontrolerzy i chwilę później okazuje się, że nie dość, że nie ma Józefa, to jeszcze 263 tys zł. Co by było jakieś porównanie – trabant kosztuje wtedy 72 tys. zł, a robotnik zarabia średnio 1450 zł.
Gazeta Radomszczańska w 1967 roku opisuje Józefa G. tak:

(fot.: policja.pl)
„Pierwsze rozdziały życiorysu wskazują raczej na jego przeciętność, brak jakichkolwiek cech wyróżniających go z grona innych, pokrewnych mu branżą urzędników. Stateczny małżonek, przykładny ojciec dwojga dzieci, po prostu obywatel jak każdy inny. A jednak. Dusza kasjera to skomplikowany mechanizm, a już szczególnie skomplikowana była dusza Józefa. Nie dla niego była szarzyzna życia, nie dla niego tuzinkowa przeciętność innych. Roiły mu się wielkopańskie uczty, dalekie podróże i inne uciechy tego świata. Aby swoje marzenia urzeczywistnić, jął się imać najprzeróżniejszych sposobów, z natury będących w sprzeczności z kodeksem karnym.”
Cóż to były za sposoby? Żadne tam wydumane, ponadprzeciętne księgowe sztuczki, a zwykłe, ordynarne fałszerstwa. Podrabiał Józef zbiorówki listy płac, zaliczki, przerabiał raporty kasowe, dowody wypłat. Jak pisze Gazeta, „robił coś w rodzaju dyletanckiego bujania taty, który nie zna się na rachunkach”.
Kiwał tak przedsiębiorstwo przez dwa lata, od czerwca 1964 do 12 lipca 1966. Jako że miał gest i potrzeby, większość w 263 tysięcy poszło na grę w Toto-Lotka, imprezy, alkohol i sponsorowanie znajomych, którym znaczne kwoty Józef po prostu porozdawał.
Ale że ziemia mu się zaczęła palić pod nogami i funduszy wciąż było mało, postanowił pójść na całość: wykonać ostatni skok, zniknąć i przeczekać najgorsze.
12 lipca podrobił na czeku podpis księgowego. Ale czy mu ręka zadrżała, czy głowa była wczorajsza, tak się jakoś stało, że nieudolnie wyszło. Machinacje z czekiem ktoś dostrzegł, zawiadomiono dyrekcję zakładu. Józef nie czekał, zakład opuścił, wysłannicy dyrekcji ruszyli za nim w pogoń i dopadli na przystanku autobusowym. Czek zabrali i puścili, zapowiadając na kolejny dzień potrzebę wyjaśnienia sprawy.
Józef nie czekał. Jak pisze Gazeta, „jeszcze w tym samym dniu, bodaj tym samym autobusem, którym planował jechać do Radomska, urwał się w Polskę i ślad po nim zaginął.”
Do Gidelskiego Przedsiębiorstwa Maszyn Rolniczych zjechali przedstawiciele Inspektoratu Kontrolno-Rewizyjnego oraz biegli księgowi i dalej wertować papiery. Przewertowali, sprawdzili skrupulatnie, i „wyniki przeszły wszelkie oczekiwania. Przeszło 263 tys. zł, zamiast służyć przedsiębiorstwu, zostały roztrwonione w najgłupszy sposób”. Czyli zabawę, hazard i pijaństwo.
Józef G. ukrywał się pięć miesięcy. Na tyle starczyło mu funduszy. Gdy się skończyły, 18 grudnia 1966 r. zgłosił się do Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Piotrkowie Trybunalskim. Stanął przed sądem. Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Łodzi na sesji wyjazdowej w Radomsku, „zgodnie z kwalifikacją prawną aktu oskarżenia w postępowanie doraźnym” skazany został na 10 lat więzienia, 80 tys. zł grzywny, przepadek majątku w całości i utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na siedem lat”.
Dziennikarz Gazety Radomszczańskiej podsumowuje tę historię tak:
„Nieuczciwość Józefa G. została potraktowana więc niezwykle surowo. Czy jednak tylko w tym tkwi sens zadość uczynienia, jakie otrzymało społeczeństwo? Czy kara wymierzona kasjerowi naprawi popełnione przez niego szkody? Gidelskie Przedsiębiorstwo Maszyn Rolniczych jest zakładem starym i powszechnie szanowanym. Na nowy zakład, w którym znalazło zatrudnienie wiele dziesiątków mieszkańców gromady i okolic, państwo wydatkowało wilomilionowe kwoty. W ten sposób poprawiono radykalnie warunki produkcyjne i socjalne. Członkowie załogi to ludzie w znakomitej większości pracowici, uczciwi i solidni. Wyskok Józefa G. również im - jak to się popularnie mówi - zajechał na opinię. Sam G. został potraktowany surowo. Czy jednak odsiedzeniem wyroku naprawi szkody wyrządzone zakładowi i byłym kolegom?”
Na podstawie: „Niesławny finał kariery pana kasjera”, Gazeta Radomszczańska, 1967
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze