Reklama

Chciałem dać przykład, od razu zderzyłem się z hejtem [Rozmowa z Robertem Telusem]

To już była psychoza, ludzie zaczęli uciekać, pielęgniarki nie przyjmowały nakazów wojewody. Uznałem, że trzeba tam być, że trzeba się odważyć, trzeba pomagać. Chciałem dać przykład, że nie można się tego bać. I od razu zderzyłem się z hejtem. - Gazeta rozmawia z Robertem Telusem, posłem PiS, który przez kilka dni był wolontariuszem w Domu Pomocy Społecznej w Drzewicy

GAZETA RADOMSZCZAŃSKA: Skąd pomysł, by z własnej woli wejść do Domu Pomocy Społecznej w Drzewicy, gdzie szalał koronawirus?

Robert Telus: - Od samego początku byłem w stałym kontakcie z DPS-em w Drzewicy, znałem sytuację i próbowałem im pomagać. Zdalnie. W końcu przyszedł moment, w którym zabrakło pracowników. Zabrakło rąk do pracy. Część ludzi zachorowała, część się bała, część odeszła. Przy łóżkach zostali ci najodważniejsi i do nich mam wielki szacunek. I to jest heroizm. Tam byli ludzie, którzy mieli dodatnie wyniki, ale pracowali. Wiedzieli, że to ich obowiązek. To już była psychoza, hejt narastał, ludzie zaczęli uciekać, pielęgniarki nie przyjmowały nakazów wojewody. Zaczęto tych nakazów unikać w różny sposób. A te opiekunki zostały do końca, do ewakuacji. Oprócz jednej, która już nie miała sił, była chora. To jest odpowiedzialność za ludzi. A wracając do pytania, uznałem, że trzeba tam być, że trzeba się odważyć, trzeba pomagać. Chciałem dać przykład, że nie można się tego bać.

Reklama

Strach jest bardzo ludzki.

- Kiedyś słyszałem powiedzenie, które bardzo mi się spodobało. Dobry przywódca nie mówi naprzód, mówi za mną. Pomyślałem, że trzeba dać przykład. W takich sytuacjach Polacy w historii niejednokrotnie pokazywali, że są odważni, i że są razem. I stąd moja decyzja.

Kiedy już pan tam wszedł, co pan zastał?

- Po pierwsze nas było tam dwóch wolontariuszy, bo był ze mną mój kolega. Panie, które tam pracowały, były wdzięczne. Powiedziały nam, że daliśmy im nadzieję. Na to, że to się dobrze skończy, mimo tak trudnej sytuacji. Bały się, że zostaną same i nie dadzą rady pracować i pomagać tym ludziom. Nasza obecność dała im nadzieję. To one nam to powiedziały.

Reklama

Rozumiem, że wykonywaliście wszystkie te czynności, które na co dzień wykonują opiekunki pracujące w DPS-ie.

- Tak. Opowiadam to trochę jako anegdotę. Decyzje podjąłem jeszcze przed świętami, ale nie chciałem mówić tego rodzinie, żeby te święta były dla nich spokojne. Dowiedziały się na godzinę przed wyjazdem w Poniedziałek Wielkanocny. Kiedy już podjąłem tę decyzję, w nocy, kiedy nie mogłem spać, bo bałem się wirusa, a po drugie, tak po ludzku, przebierania pampersów. Wchodzę ubrany w kombinezon, a kim jestem wiedziała tylko pani dyrektor, powiedziała, że przyszedł wolontariusz i trzeba go zagospodarować. I jedna z pań, bardzo wesoła…

Reklama

...od razu zawołała pana właśnie do pampersa?

- Naprawdę. Skoro jest chętny, to za mną. Zaprowadziła mnie do pokoju i razem z nią wymieniłem pierwszego pampersa. I w tym momencie pomyślałem sobie, Panie Boże, jaki ty jesteś żartowniś, jakie ty masz poczucie humoru… Robiliśmy oczywiście wszystko co trzeba było zrobić. Od pampersów, przez mycie podłóg do karmienia. Karmić bardzo lubiłem. Dużo rozmawialiśmy z tymi ludźmi. Te osoby tego potrzebowały. Pragnęły, żeby z nimi być i rozmawiać. Nie tylko zajmować się nimi technicznie. To ważne, żeby zwyczajnie, po ludzku z nimi być.

Reklama

Ile dni spędził pan w DPS-ie?

- Cztery doby. Wyjechałem po ewakuacji (pierwsi pensjonariusze wrócili do DPS-u w Drzewicy w poniedziałek 27 kwietnia - dop. red.).

Był moment, w którym było trudniej? W którym pomyślał pan, że to może nie był pański najlepszy pomysł?

- Nie, ani przez chwilę. A trudno było podczas ewakuacji. To był trudny moment dla wszystkich, zwłaszcza dla mieszkańców, których trzeba było przewieźć. Po raz kolejny nie wiedzieli co się z nimi dzieje, gdzie jadą, dlaczego. Ta niepewność była dla nich bardzo trudna. Wróciłem do swojego pokoju na moment, i nie wiem właściwie po co zajrzałem na Facebooka. I od razu zderzyłem się z hejtem. I przyznaję, że to mnie uderzyło. Bo jeżeli ktoś kogo znam pisze, że zrobiłem to, żeby potem iść na dwa tygodnie kwarantanny, że wiedziałem, że będzie ewakuacja i nie potrwa to długo, to szczerze powiem, że nawet odpowiednio się wkurzyłem. Ale żadnej chwili załamania nie miałem i miał nie będę. To była dla mnie wielka lekcja. Czas bardziej chyba potrzebny mnie, niż tym ludziom.

Reklama

Wchodząc tam musiał pan, jako polityk, zdawać sobie sprawę z tego, że pojawią się głosy, że robi pan to pod publiczkę. Nawet z wyrachowania.

- Jeśli byłby to atak ze strony fejsbukowego profilu „Sok z buraka”, proszę napisać w cudzysłowie, to bym zrozumiał. Jednak napisała to osoba, którą znam, i dlatego było trudniej to przyjąć.

Godzinę przed wyjazdem mówi pan rodzinie, że jedzie zamknąć się z ludźmi chorymi na koronawirusa. Co oni na to?

- Oczywiście na początku był płacz. Mam małe i duże już dzieci. Mówię o 9-letnim Franku i Faustynie, która ma 13 lat, one przeżyły to bardzo mocno. Trochę po dziecięcemu. Starsze też się bały. Dzisiaj mówię o tym bardzo spokojnie, nawet nie mam jakiegoś lęku przed wirusem, trzeba po prostu przestrzegać zasad. Wtedy na pewno był to dla nich trudny moment. Najfajniejsze było to, że następnego dnia córka przysłała mi SMS: tato, przepraszam za wczorajsze płacze. Wiem, że dobrze zrobiłeś. Jestem z ciebie dumna. Zrozumiała, że to było ważne.

Reklama

Kiedy pan wróci radość będzie wielka.

- Jestem w kwarantannie (rozmawiamy w poniedziałek 27 kwietnia - przyp. red.), pierwszy wynik mam ujemny, dzisiaj pewnie będzie kolejny wymaz i jeśli drugi też będzie ujemny, we wtorek, może w środek będę w domu. Rodzina zresztą przyjechała tu do mnie w dwie niedziele. Tak, że kontakt mamy. Tak się złożyło, że miałem urodziny. I to też już anegdota. Córki upiekły tort, siedliśmy po dwóch stronach płotu, one przywiozły taki turystyczny stolik. Dostałem kawałek i tak jedliśmy i świętowaliśmy po obu stronach, razem, a jednak osobno. Wyjątkowe urodziny, które będę pamiętał do końca życia.

Reklama

Za drugim razem podjąłby pan taką samą decyzję?

- Tak, jestem na 100 procent pewien. Wiem, że to była potrzebna i dobra decyzja. Ktoś może mówić, że robię to dla poklasku, ale nie. Chodzi o mnie jako człowieka. Powtarzam, to była dla mnie lekcja. Nie wiem na ile pomogłem tym ludziom, ale dla mnie to była wielka lekcja.

Widział pan to od środka. Nie zadziałał system? Procedury?

- Nie. Wszystko zadziałało. Moim zdaniem to jedynie zabrakło rąk do pracy. Jeżeli wojewoda wydał 12 nakazów pracy, bo tyle zgodnie z prawem może, i z tych 12 tylko trzy odważne osoby się zdecydowały, to tu nie zadziałało.

Reklama

Nie można przecież wymagać od ludzi, żeby się poświęcali. To ich wybór.

- Nie można, i nie można generalizować. Gdybym powiedział, że wszystkie te pielęgniarki, które nie wzięły nakazu, są złe, byłbym w stosunku do nich nie w porządku. Każda z nich ma swoje powody, żeby do tej pracy nie iść. To jest indywidualna decyzja, ktoś ma małe dzieci, ma prawo tak zdecydować. Ale jeden z moich kolegów powiedział mi, może ostro, nie wiem czy nie za ostro, z takimi osobami wojny byśmy nie wygrali. A jesteśmy przecież na jakiejś wojnie. Innej, ale wojnie. Nie chcę tych osób osądzać. Nakazy były, a one ich nie wzięły. Wiem też, że wielu ludzi, po moim pójściu tam, chciało zrobić to samo. Gdyby nie ewakuacja, to byłby pełny personel. Ludzie dzwonili, pytali, siostry zakonne, pielęgniarki, były gotowe przyjść od razu. Nawet mój zięć, który pracuje z osobami niepełnosprawnymi, kiedy dowiedział się, że idę, zadzwonił i powiedział: ja też chcę iść. Też chcę tam być. Myślę, że psychoza, o której wcześniej wspominałem, blokowała wielu ludzi.

Rozmawiał Janusz Kucharski 
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości