Śledztwo Gazety: Unijne dotacje, żłobek i haracz za pracę [Cały tekst]

Dział: Aktualności
16/10/2019 - 12:23

n Pracownice sieci żłobków i przedszkoli należących do firmy New Look, oskarżają ich kierownictwo o łamanie przepisów kodeksu pracy. Musiały zwracać część swojej pensji „pod stołem” w zamian za zachowanie pracy. Kwota zapisana w umowach trafiała na ich konta, z niej oddawały co miesiąc ponad 600 złotych n Żłobek, w którym pracowały, działa w ramach unijnego projektu, dzięki czemu rodzice nie płacą za pobyt dzieci. New Look dostał na niego 1 mln 133 tys. 907 zł dotacji. To 91 proc. wszystkich kosztów projektu n Zawyżanie wynagrodzeń pracowników i odzyskiwanie ich nieoficjalną drogą to proceder znany unijnym kontrolerom, ale bardzo trudny do udowodnienia n Prawo zakazuje takich praktyk. Grozi za to do ośmiu lat pozbawienia wolności

Pracownice opowiedziały o procederze Gazecie. Rozmawialiśmy z nimi osobno, relacje są spójne w szczegółach, zostały nagrane. Kobiety złożyły oświadczenia, że są gotowe powtórzyć je przed organami wymiaru sprawiedliwości i wszelkimi instytucjami kontrolnymi.
Pracodawca zaprzecza oskarżeniom. Sugeruje zmowę, zemstę i działania konkurencji. Zapowiada pozew, jeśli publikacja się ukaże.
Firma New Look prowadzi 27 żłobków i przedszkoli w województwie, w tym trzy w Radomsku. Większość w ramach unijnych projektów. Dostała na nie co najmniej 11,5 mln zł dotacji.
Opisany przez nas proceder dotyczy jednej placówki, nie mamy informacji, że dotyczy też innych.

MYSZKA ZLOBEK

n n n 
Wiosna 2019 roku. Do Gazety dociera informacja, że w sieci przedszkoli Akademia Myszki Miki, która prowadzi w całym województwie żłobki i kluby dziecięce, dochodzi do nieprawidłowości. W Radomsku sieć ma trzy placówki, przy ul. Fabianiego, Przedborskiej i Pułaskiego.

W maju udaje nam się dotrzeć do jednej z pracownic i namówić na wstępną rozmowę. Jej opowieść na pierwszy rzut oka wygląda nieprawdopodobnie: ma umowę o pracę, pracuje jako opiekunka w żłobku, dostaje na konto pensję, ale z niej co miesiąc musi oddawać szefostwu ponad 600 złotych. To warunek zatrudnienia, który postawił dyrektor.

Dlaczego firma miałaby zawyżać wynagrodzenie na papierze, płacić wyższe podatki i wyższe składki na ZUS, skoro mogłaby po prostu zapłacić mniej oficjalnie? Bo placówka prowadzona jest w ramach unijnego projektu i to Unia pokrywa większość kosztów jej działalności.

Informujemy naszą rozmówczynię, że musimy nasze rozmowy zarejestrować a ona musi być gotowa powtórzyć relację przez sądem. Wycofuje się, nie naciskamy.

Ale pracujemy nad tematem. W kolejnych miesiącach próbujemy dotrzeć do innych pracownic. Jest bardzo trudno, boją się rozmawiać. Udaje się we wrześniu. Także nasza pierwsza rozmówczyni zmienia zdanie i zgadza się opowiedzieć o procederze.

Rozmowy prowadzimy osobno i rejestrujemy. Nasze rozmówczynie proszą jedynie o niepodawanie ich danych w tekście, jeśli ostatecznie on powstanie. Przyjmujemy ten warunek. Jednocześnie kobiety potwierdzają, że złożą oficjalne zeznania przed organami wymiaru sprawiedliwości, jeśli będzie taka potrzeba.

Relacja pierwsza

We wrześniu znalazłam ogłoszenie w internecie, że poszukiwani są pracownicy do placówki. Zadzwoniłam. Robiłam wtedy kurs opiekuna w żłobku. Nie dostałam odpowiedzi od razu, sprawa się przeciągała. Pod koniec listopada dowiedziałam się, że projekt ruszy.

Umowę podpisaliśmy w grudniu, terminową, do czasu zakończenia projektu, czyli do maja 2020 roku. Dotyczyła opieki nad dziećmi do lat trzech.

Żłobek mieści się przy ul. Pułaskiego. Docelowo w projekcie miało być 30 dzieci na cztery opiekunki. Startowaliśmy w grudniu z 12-15 dziećmi, potem ich przybyło do 30. Pracowaliśmy w dwóch zmianach, od 6.30 do 14.30 i od 8.30 do 16.30.

W umowie, którą podpisałam, była kwota 3320 zł brutto, na rękę wychodziło ponad 2300 zł. I takie pieniądze wpływały na konto.

Umowy podpisywałyśmy wszystkie razem, w biurze na pierwszym piętrze przy ul. Pułaskiego. Wtedy też z ust pani dyrektor padła kwota - 640 zł. Że mamy oddawać. Nie zrozumiałam na początku, o co chodzi. Pani dyrektor obiecała, że co miesiąc kwota będzie niższa. Bo jak sobie zasłużymy, to będziemy mniej oddawać.

Nie tłumaczyła powodów, powiedziała, że tak ma być. Powiedziała, że w sumie będziemy dostawać 1740 zł i powinnyśmy się cieszyć, bo to jest najniższa krajowa. A że na umowie mamy więcej, to spokojnie możemy sobie wziąć jakiś fajny kredyt.

Pensje były płacone do 15. następnego miesiąca, przelewem na konto. Po pierwszej wypłacie pani dyrektor przyszła i spytała, czy mamy pieniądze, by się rozliczyć. I tak było co miesiąc. Po przelewie pensji wypłacałam pieniądze z konta i oddawałam. Na moim koncie widać te wypłaty, choć zwykle są trochę wyższe, bo brałam też pieniądze na własne potrzeby.

Pani dyrektor pytała nas o pieniądze na sali, w kuchni. Potem wymyśliła, że nie będziemy jej dawać każda z osobna, tylko zbierać je wszystkie razem, w kopertę, i dopiero zanosić na górę. Sama raz zaniosłam taką kopertę.

W kwietniu moje dziecko zachorowało, miało rotawirusa, dosłownie leciało przez ręce. Byłam przez dwa tygodnie na zwolnieniu. W tym czasie pani dyrektor przyszła do dziewczyn i oświadczyła, że oprócz tego, że na zwolnieniu mamy płacone 80 procent wynagrodzenia, to dodatkowo, jeśli któraś z nas pójdzie na zwolnienie, za każdy dzień musi jej oddać 23 zł.

Na początku maja poszłam na zwolnienie. Nie oddałam już haraczu za kwiecień i kolejne miesiące.

W sierpniu dostałam wypowiedzenie. Kilka razy pani dyrektor dzwoniła do mnie w sprawie rozliczenia. Odpowiadałam, że nie dam, bo nie mam. Używała argumentów, że bardzo mi pomogła, a ja nie dysponuję swoimi środkami.

n n n 
Sprawdzamy sieć przedszkoli Akademia Myszki Miki. Najpierw internet. Na stronie wielkie hasło „Postaw na rozwój dziecka”, niżej dopisek: „Zaopiekujemy się twoim dzieckiem! Zobacz, jakie korzyści otrzymasz ty oraz twoja pociecha”. I informacja: Bezpłatne przedszkole. Nie pobieramy żadnych opłat.

Jak to możliwe? Odpowiedź znajduje się w zakładce „Projekty unijne”. Tu są opisy projektów, na które New Look otrzymał dotację oraz regulaminy rekrutacji. W zakładce „Projekt - Żłobek Kot w Butach” (ten przy Pułaskiego) informacja, że realizowany jest w ramach „Osi Priorytetowej X Adaptacyjność pracowników i przedsiębiorstw w regionie, Działania X.1 Powrót na rynek pracy osób sprawujących opiekę nad dziećmi w wieku do 3 lat Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Łódzkiego na lata 2014-2020”.

Okres realizacji projektu: od czerwca 2018 do 31 maja 2020. Wartość projektu 1.246.107,84 zł, dofinansowanie: 1.133.907,84 zł.

Cel projektu opisano tak: „Umożliwienie powrotu do pracy dla 30 osób (29 kobiet i 1 mężczyzny) zamieszkałych w mieście i gminie Radomsko poprzez utworzenie 30 nowych miejsc opieki w żłobku w Radomsku oraz zapewnienie wsparcia w zakresie aktywizacji zawodowej dla osób bezrobotnych oraz biernych zawodowo 12 osób (11 kobiet i 1 mężczyzny) w okresie od 01 czerwca 2018 do 31 maja 2020 roku”.

Konkursy na dofinansowanie uruchomienia żłobków i klubów dziecięcych ogłasza Zarząd Województwa Łódzkiego, on też podpisuje umowy. Odbyło się ich już kilka. W regulaminie konkursu z maja tego roku zapisano, że minimalna wartość projektu to 50 tys. zł, minimalny wkład własny 9 proc. wartości. O dofinansowanie mogą się ubiegać osoby prywatne, firmy i samorządy.

Program cieszy się powodzeniem. Finansowanie jest bardzo wysokie, pokrywa większość kosztów, zaś rodzice nie płacą za pobyt dzieci.

Sprawdzamy wykaz placówek utworzonych w ramach tych dotacji. W tym z 27 marca 2019 roku widnieją 123 placówki utworzone w latach 2015-2018, prowadzące prawie 2,5 tys. miejsc w żłobkach i klubach dziecięcych.

21 placówek utworzyła firma New Look, na w sumie 338 miejsc. Te zawarte w wykazie otwarto w Bełchatowie, Błaszkach, Brzezinach, Dobroniu, Gorzkowicach, Łasku, Pabianicach, Pajęcznie, Piotrkowie, Radomsku, Ręcznie, Ruścu, Tomaszowie, Tuszynie, Warcie, Zduńskiej Woli, Zelowie.

Kwoty dofinansowania projektów wyszczególnionych na stronie firmy wynoszą od 570 tys. do 1,79 mln zł. W sumie to 11,5 mln zł.

Relacja druga

Pracowałam tam od połowy grudnia 2018 r. do końca maja. W sierpniu ubiegłego roku chodziłam po mieście i zostawiłam CV w żłobku na Fabianiego. Jestem po pedagogice, nie mam stricte wykształcenia pedagogicznego wczesnoprzedszkolnego, ale robiłam też terapeutykę. To wystarczyło. W połowie listopada dostałam telefon od pani dyrektor, żeby przyjść na rozmowę. Miałam się zjawić na Przedborskiej, nie było jeszcze placówki na Pułaskiego, ona się dopiero otwierała.

Poszłam na rozmowę, pani dyrektor po krótkim wywiadzie stwierdziła, że mam tę pracę. Miałam załatwiać papiery z poprzednią firmą. Dowiedziałam się, że to projekt unijny i od razu też usłyszałam: dostanie pani więcej na papierze, do ręki mniej. Ale to dla pani będzie korzystne, bo można wziąć kredyt i następny pracodawca też lepiej spojrzy na wyższe zarobki. Nie padły stawki, tylko informacja, że na umowie będzie więcej, natomiast później, przy rozliczeniu między nami, będzie troszkę mniej. Takiego właśnie słowa użyła pani dyrektor: troszkę.

Zależało mi na pracy w zawodzie, wcześniej pracowałam w sklepie, więc się zgodziłam.

Zaczęłyśmy pracę w połowie grudnia. Żłobek mieści się w budynku po Esbanku. Na piętrze są biura, a na dole duże sale, z tego dwie łączone i zaplecze kuchenne. Docelowo miałyśmy 30 dzieci, zaczynałyśmy od kilkunastu. Pierwsza zmiana od 6.30 do 14.30, druga od 8.30 do 16.30. Z tym, że jeśli ostatnie dziecko wyszło wcześniej, to miałyśmy zapowiedziane, że jak posprzątamy, to możemy iść, nie musimy czekać do 16.30.

W grudniu, jak projekt ruszył, spotkałyśmy się wszystkie z panią dyrektor, obeszłyśmy placówkę, zapoznałyśmy z miejscem pracy i później na górze było podpisanie umowy.

Na umowie o pracę była kwota 3320 zł. Umowa terminowa, na półtora roku, na czas trwania projektu. Pensja miała być płacona do 15. następnego miesiąca. Na konto dostawałam 2380 zł. I w ciągu dwóch dni po przelewie pani dyrektor zgłaszała się po pieniążki. 640 zł do ręki. Oddawałyśmy, bo chciałyśmy pracować.

Najpierw każda z nas chodziła na górę i sama wręczała haracz. Później pani dyrektor powiedziała, żebyśmy wkładały pieniądze razem do koperty i zostawiały jej na górze albo w kasetce. Do kasetki nie włożyłyśmy ani razu, jedna z nas zanosiła je na górę.

Pracowałam do 30 maja. Nie miałam żadnego zatargu z panią dyrektor, właściciela widziałam raz, na pierwszym spotkaniu organizacyjnym z rodzicami. Tego dnia pani dyrektor zeszła na dół, spytała, czy jestem. Akurat usypiałam dzieci. Zszedł też właściciel. Powiedział: to jest pani wypowiedzenie. Zdębiałam. Spytałam o podstawę. Odpowiedział, że nie musi mieć powodu, by mnie zwolnić. Powiedział jeszcze, żebym się cieszyła, że nie mam dyscyplinarki, bo oni mają nagrania, jak się znęcam nad dziećmi. Zdębiałam po raz drugi. Oczywiście takich nagrań nie ma, bo być nie mogło.

Mam podejrzenia, dlaczego zostałam zwolniona. My w pewnym momencie zaczęłyśmy o tym bezprawnym odbieraniu części wynagrodzenia rozmawiać, konsultowałyśmy się nawet z prawnikiem. Był w szoku: jak, w dzisiejszych czasach? Kazał nam nawet nagrywać, używać pełnych nazwisk, ale ja już nie miałam możliwości. To pewnie był powód.

Próbowałyśmy szukać innych dziewczyn, z innych placówek. Jedną znalazłyśmy, była u prawnika, usłyszała, że nie ma dowodów, żeby się w to nie bawiła, bo od razu przegra.

Taka jest moja relacja. Mam jeszcze dowód na koncie, każdego miesiąca po otrzymaniu pensji wypłacałam pieniądze, kwoty są trochę wyższe, bo brałam coś dla siebie. Ale mam jeden przelew, z marca, bo wtedy byłam na zwolnieniu i przesłałam na konto jednej z dziewczyn, żeby przekazała pieniądze za mnie. 640 zł. Przelew opisałam „haracz”.

n n n 
Właścicielem firmy New Look jest Paweł Dędek. Rocznik 1988. Firma nie występuje w Krajowym Rejestrze Sądowym. Znajdujemy ją w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, gdzie rejestrowane są jednoosobowe działalności gospodarcze.

Według wykazów Regionalnego Programu Operacyjnego, dotacje otrzymuje firma New Look Paweł Dędek. Siedzibę ma w Gorzkowicach, tam też znajduje się jedno z przedszkoli.

W 2014 roku Dędek startował w wyborach do sejmiku wojewódzkiego z list Prawa i Sprawiedliwości w okręgu łódzkim. Przedstawiał się jako przedsiębiorca. Dostał 844 głosy, mandatu nie zdobył.

W 2016 roku jego nazwisko pojawiło się w artykule tygodnika Newsweek o tym, jak Bartłomiej Misiewicz miał załatwiać pracę działaczom PiS w regionie łódzkim. Tygodnik pisał, że do pracy w spółce zależnej od PGE GiEK z rekomendacji Misiewicza, wtedy rzecznika Ministerstwa Obrony Narodowej, poszedł właśnie Dędek, jako dyrektor trzygwiazdkowego hotelu Wodnik.

n n n 
Opisany przez nasze rozmówczynie proceder nie jest niczym nowym. Zna go Komisja Europejska i utworzony przez nią Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF). To jedna z nieprawidłowości, które Unia definiuje jako sytuację, gdy „beneficjent lub inny podmiot biorący udział w realizowaniu projektu naruszy przepisy prawa wspólnotowego lub prawa krajowego”.

Proceder opisuje też w rozprawie doktorskiej „Wyłudzanie środków Unii Europejskiej - studium kryminalistyczne” Michał Strzelecki.

„W projektach, w których refundacji podlegają koszty wynagrodzeń dla pracowników, oszustwo może polegać na deklarowaniu maksymalnych wynagrodzeń przewidzianych w umowie o dofinansowanie, a wypłacaniu ich pracownikom w niższych kwotach” - pisze. - „Wymaga to współdziałania osób zatrudnionych u beneficjenta, które zgadzają się kwitować odbiór wynagrodzenia wyższego niż rzeczywiście otrzymywane bądź podpisywać nierzetelne dokumenty dotyczące godzin pracy, delegacji służbowych, diet i tym podobnych wydatków służących do sztucznego rozdęcia kosztów kwalifikowalnych”.
Strzelecki przytacza wyrok Sądu Okręgowego w Krakowie, który badał taką sprawę. „Spółka z o.o. „S”, zawarła z PARP umowę na prowadzenie szkoleń z informatyki. Łączna kwota dofinansowania wynosiła 3.324.679 zł, z tego maksymalnie 2.131.800 zł mogło zostać wydane na wynagrodzenia dla trenerów prowadzących szkolenia. Maksymalna stawka wynagrodzenia dla trenera wynosiła 200 zł brutto za godzinę i taką też według dokumentów otrzymywali. W rzeczywistości dostawali 50-70 zł za godzinę. Trenerzy którzy otrzymywali wynagrodzenia przelewem, zwracali je następnie w gotówce panu „A”, który był większościowym wspólnikiem i prokurentem spółki, zaś ci którzy odbierali wypłatę w gotówce, po prostu kwitowali odbiór wyższej sumy”.

Według Strzeleckiego „mechanizm oszustwa polegający na wykazywaniu fikcyjnych kosztów pracy jest jednym z najlepiej poznanych sposobów wyłudzania unijnych pieniędzy”.

Co grozi za te praktyki? Zwrot dotacji oraz od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności.

Relacja trzecia

Jestem z zawodu nauczycielką, ale nie mogłam znaleźć pracy w zawodzie. Tę ofertę znalazłam na OLX, podesłała mi ją też znajoma. Firma potrzebuje nie opiekunki, ale nauczyciela w żłobku. Wysłałam mailem CV, to był listopad 2018, niedziela. W poniedziałek dostałam telefon od pani dyrektor z propozycją wstępnej rozmowy.