Pan Piotr Mirowski odszedł. Walczył do końca. On i jego rodzina

Dział: Aktualności
07/07/2020 - 08:07

Pan Piotr zmarł w czwartek 2 lipca w wieku 42 lat. W sobotę 4 lipca został pochowany na cmentarzu parafialnym w Szczepocicach. Przez kilka miesięcy walczył o powrót do zdrowia, po wypadku, któremu uległ w pracy, i który przykuł go do łóżka. Do końca o jego życie i zdrowie walczyła jego najbliższa rodzina. I nie tylko, bo w wiele akcji charytatywnych, podczas których zbierano pieniądze na leczenie pana Piotra, włączali się przyjaciele, znajomi, sąsiedzi. Zrobili wszystko co mogli, ale nie zawsze się udaje.

Piotr Mirowski

Przypominamy historię pana Piotra. Odwiedziliśmy go w jego domu w grudniu zeszłego roku. 

Najpiew córeczka zachorowała na białaczkę. Leczenie się udało. Wtedy na rodzinę spadło kolejne nieszczęście: pan Piotr spadł ze schodów, uderzył głową o podłogę. Trzeba było usunąć sporą część czaszki. Rodzina walczy, by znów stanął na nogiNajpiew cÓreczka zachorowała na białaczkę. Leczenie się udało. Wtedy na rodzinę spadło kolejne nieszczęście: pan Piotr spadł ze schodów, uderzył głową o podłogę. Trzeba było usunąć sporą część czaszki. Rodzina walczy, by znów stanął na nogi

Patrzy. Po prostu patrzy. Na razie nie jest w stanie zrobić nic więcej. Można zgadywać, co myśli. Albo co chciałby powiedzieć osobie, która staje przy jego łóżku, do którego został przykuty ponad rok temu. Powodem był upadek ze schodów. Nawet nie ze szczytu schodów, to były może dwa stopnie. Za to upadek był wyjątkowo nieszczęśliwy. Pan Piotr uderzył się w głowę. I w tym momencie wszystko się zmieniło.

To był bardzo energiczny mężczyzna

Jest piątek. Dzień senny, nijaki, jak to jesienią. W Szczepocicach spokój. Pora przed obiadem, dzieci w szkołach, dorośli w pracy. Zresztą, komu chciałoby się wychodzić w taką pogodę, jeśli nie musi. Dom państwa Mirowskich znajduje się nieco dalej od głównej drogi. Trzeba przejechać przez podwórko, na którym znajduje się zakład stolarski. Jeszcze rok temu prowadził go pan Piotr. Drewniany, niewielki, ale za to zadbany. W środku kuchnia i jeden pokój. Miejsce do życia dla czterech osób: pana Piotra, jego żony Beaty, 4-letniej córki Natalki i kilka lat starszego syna Szymona. Teraz prawie wszędzie są przedmioty medyczne. Trochę jak w aptece. Do tego pionizator, kupiony dzięki zbiórce zorganizowanej w miejscowym kościele przez mieszkańców. Bo pana Piotra dobrze tu znają. I lubią. Podobnie jak w Klekowcu, z którego pochodzi.Drzwi otwiera mama pana Piotra. Pani Krystyna pomaga od wypadku na tyle, na ile wystarczy jej sił. Pani Beata pojechała odebrać syna, Natalka przykryła się kocem, śpi po powrocie z przedszkola.- Byli na montażu u klienta w Bytomiu, w sierpniu zeszłego roku - opowiada pani Krystyna. - I stało się… Tak się złożyło, że to było niedaleko szpitala, więc szybko tam trafił. Robili operację, bo kość weszła w mózg. Synowa zadzwoniła, że Piotruś miał wypadek. Zaraz pojechałam. Nie da się opisać, co człowiek przeżywa w takim momencie.Mama pana Piotra mówi, że jej syn był zawsze bardzo energiczny. Potrafił załatwić każdą sprawę, nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Teraz, zwłaszcza w taki dzień jak dzisiaj, dużo śpi. Kiedy jest w lepszej formie, patrzy na tych, którzy są przy nim. Niestety, nie ma z nim bezpośredniego kontaktu, choć rehabilitacja przynosi pewne rezultaty. - Piotruś ma niedowład prawej strony, ale drugą ręką rusza. Kiedyś na mnie tak kiwał, zapytałam, Piotruś, boli cię? Kiwnął głową, że tak. Ciężka sprawa, leczenie będzie długie. 

Fatalna seria

Z pokoju słychać jak Natalka włącza bajkę w telefonie. Babcia opowiada, że jeszcze przed wypadkiem syna wnuczka zachorowała na białaczkę. Wszyscy drżeli o finał jej leczenia. Udało się. Dzisiaj jest zdrowa, ale wciąż pozostaje pod kontrolą specjalistów. Wtedy pan Piotr dzielił swoje życie między pracę w zakładzie, a wyjazdy do szpitala w Łodzi. Kiedy lekarze orzekli, że choroba została pokonana, wszyscy odetchnęli z ulgą. Do momentu wypadku pana Piotra. - On jest za nią. Nieraz pogłaszcze ją po głowie - babcia mówi to bardzo ciepło. A potem opowiada o tym, że trzeba było nauczyć się karmić syna, odsysać, pielęgnować. Łatwo nie było, bo pan Piotr nie ma dużej części czaszki. Nie każdy potrafi znieść taki widok. I nie ma się co dziwić. Bo co można powiedzieć w takiej sytuacji?- I obcemu by człowiek pomógł, a co dopiero własnemu dziecku - pani Krystyna dodaje, że modli się każdego dnia. Nadzieja, to wszystko co pozostało rodzinie. I walka. Bo każda godzina rehabilitacji jest na wagę złota. - Nic nie zrobimy - wzdycha. - Trzeba czekać.Pan Piotr właśnie się obudził. Pani Krystyna staje przy jego łóżku. - Piotrunia, obudziłeś się? Jak się dzisiaj czujesz? - pyta. W pewnym momencie jej wzrok wędruje na półkę za głową syna. Stoi tam zdjęcie ślubne. Pan Piotr i pani Beata na początku swojej wspólnej drogi. Młodzi ludzie pełni nadziei i planów. Do pewnego momentu wszystko układało się tak jak chcieli. Do tamtego feralnego dnia, kiedy okazało się, że nic nie jest ważne, poza tym, żeby mieć oparcie w drugiej osobie. - Mogę zadawać sobie pytanie, dlaczego akurat on, tylko czy znajdę odpowiedź? - pani Krystyna patrzy przez okno. Do drzwi dzwoni rehabilitant. W progu pyta, jak się dzisiaj czuje Piotr.- Jak tam Piotruś nastrój? Jak się czujemy? - sprawnie odsuwa łóżko od ściany, robi sobie miejsce, opuszcza barierkę. Nie traci czasu. Rozpoczyna masaż. Czas na ćwiczenia. Pan Piotr patrzy na niego. Wydaje się, że chce coś powiedzieć. Został jednak uwięziony w swoim ciele, nad którym nie panuje.Choć bardzo się stara. Jego mama opowiada, że bardzo przeszkadza mu rurka tracheotomiczna. Ale bez niej nie byłby w stanie oddychać. Trzeba go nawet pilnować, bo próbuje ją sobie wyrwać.  Ta fatalna seria musi się kiedyś skończyć. Nad tym domem musi zaświecić słońce. - Czasem człowiekowi już sił brakuje, ale nie możemy się poddać.

To był podwójny cios

Do domu wraca pani Beata. Pierwszy w drzwiach pojawia się Szymon. W domu robi się gwarno. - Tego nikt nie widział, bo był w tym momencie sam - opowiada pani Beata. - Jak opowiada mój brat, który tam był z nim, to były raptem dwa stopnie. Po tym uderzeniu zrobiły się krwiaki i obrzęk. Trzeba było usunąć sporą część czaszki. Piotr po tym wypadku odzyskał przytomność i wstał. I wtedy poszła mu krew uszami i nosem. Kiedy tam pojechałam, był jeszcze w miarę dobrym stanie. Wypadek był w piątek, w sobotę był obserwowany, miał mieć powtórny tomograf - opowiada. - Wtedy jeszcze kojarzył, mówił, ale krwiaki szybko się powiększały i konieczna była natychmiastowa operacja.Pani Beata opowiada, że pierwszy miesiąc po operacji był bardzo dobry. Pan Piotr chodził, mówił, był coraz sprawniejszy. - Lekarze mi nie powiedzieli, że pojawiło się wodogłowie. Zbierał się płyn rdzeniowo-mózgowy. I ten ubytek zaczął się nim wypełniać. Gdybym wiedziała, że powinnam na to zwrócić uwagę. A ja widziałam, że coś jest nie tak. Piotr zaczął się zapominać, miał coraz większe problemy z mową, różne rzeczy zaczęły mu wypadać z rąk. Bo do pewnego momentu sam pił, jadł, wykonywał prawie wszystkie czynności. Kiedy wypuścił kubek z herbatą pojechaliśmy do pani doktor, która go prowadziła. Ona powiedziała, że konieczny jest tomograf, bo przypuszczała, że krwiaki się odnowiły. Wyszło jednak to wodogłowie. Musiał mieć zrobioną zastawkę. Zanim to zrobiono minął tydzień. Jak położył się w pod koniec listopada zeszłego roku, do dzisiaj nie wstał, bo wszystko się nasiliło.A na początku 2019 roku doszło jeszcze bardzo silne zapalenie płuc. To był moment krytyczny. Pani Beata drżała, że mąż może go nie przeżyć. Do dzisiaj wszyscy bardzo uważają, żeby pana Piotra nie zarazić choćby katarem. 

- Nie ukrywam, że potrzebna jest bardzo intensywna i niestety droga rehabilitacja - mówi rzeczowo pani Beata. Inaczej nie może. Ona nie może pokazać słabości, lęku, niepewności. Jest przykładem dla dzieci. Płakać może w nocy, w poduszkę, tak, żeby nikt nie słyszał. - Podpowiadano mi taki ośrodek renomowany w Bydgoszczy, ale tam miesięczny turnus kosztuje jakieś 40 tysięcy. Nie mamy takich pieniędzy. To masakryczna kwota. Inna kwestia, że taka pani, której mąż tam był, miał podobny przypadek, a efekt był praktycznie żaden. Szukam, pytam, znalazłam kilka tańszych ośrodków, wciąż jednak poza naszym zasięgiem. Będę to na pewno załatwiać po Nowym Roku.Pani Beata mówi o mężu: w domu nie usiedział.

- Bardzo kochał pracę, ciągle w biegu, ciągle coś do zrobienia i załatwienia. Piotr zawsze był dla nas wielkim wsparciem. Bo kiedy Natalka była chora i byłyśmy obie w szpitalu, to on zajmował się domem i synem. A do tego co drugi dzień przyjeżdżał do Łodzi, bo córka nie chciała jeść szpitalnego jedzenia. Z Natalką miał świetny kontakt. Nawet teraz jak córka do niego podejdzie, to na nią podgląda, da buzi, uściśnie rękę. Czuje to. A ja? Ja muszę robić swoje, nie mogę pokazać, że się załamię, bo co zrobią dzieci? Tłumaczymy im, że kiedyś tata, choćby w jakimś stopniu, ale wróci do nas. 

Pani Beata dodaje, że jej mąż najlepiej czuje się w domu. Tutaj się uśmiecha. Jest wśród kochających go ludzi. Mimo że od miesięcy leży w łóżku, ma starannie przystrzyżoną brodę. Pani Beata śmiejąc się wyjaśnia, że mąż zawsze o siebie dbał, więc teraz ona nie może pozwolić, żeby nie był odpowiednio ogolony.