Mariusz Małachowski i Marek Kowalczyk przebiegli prawie 115 km. Dla siebie i dla innych

Dział: Sport
28/07/2019 - 22:01

Ultra Jura 100+. Tak radomszczanie, którzy biegają od kilku lat. ale do tej pory nigdy na takim dystansie, nazwali to, co zrodziło się w ich głowach kilka tygodni wcześniej. Chcieli udowodnić sobie, że potrafią, a przy okazji zachęcić do pomocy fundacji Kawałek Nieba

 chłopaki2

Wystartowali w nocy z krakowskiego rynku, a po kilkunastu godzinach i 114 km i 800 metrach oznajmili - daliśmy radę. Byli wtedy z grupą przyjaciół, którzy wsparli ich na trasie, w Olsztynie koło Częstochowy. Na swoich profilach podali numer konta Fundacji Pomocy Dzieciom i Osobom Chorym Kawałek Nieba (31 1090 2935 0000 0001 2173 1374) i liczyli, że złotówek będzie przybywać. A o tym co spotkało ich na trasie napisali po powrocie do domu. A działo się sporo.

"Inicjatywy biegu, w którym chcieliśmy złamać granicę 100km zrodziła się podczas wspólnego biegu, a raczej holowania przez Marka nas Nagonce. W czerwcu mieliśmy w głowach już całą wizję trasy, która była szczególnie dla mnie wyjątkowa zarówno miejsce startu jak i meta. Uznaliśmy też, że biegnąc dla siebie możemy spróbować pomóc komuś,dlatego też wybraliśmy Fundację Kawałek Nieba, która ratuje życie dzieci chorych na nowotwory i inne ciężkie choroby. Planowo start miał nastąpić o 3 w nocy, ale PKP zmodyfikowało nasz plan opóźniając odjazd o 120 min. 5 rano jesteśmy na Rynku Głównym w Krakowie, kilka uwag i lecimy w kierunku Ojcowa. Pierwszy postój żywieniowy zaplanowaliśmy na 20 km w Ojcowie, kolejny na 40 km w Sułoszowej, niekończącej się wsi. Uzupełnienie wody, cola, baton i lecimy do Ryczowa, gdzie mają czekać Piotrek z Danielem, by wspierając nas, zrobić swoje pierwsze ultra.

Ten odcinek dla mnie osobiście jest najtrudniejszy, kryzysowy: trasa lekko pod górkę, morze piachu i żar z nieba. Na widok chłopaków przychodzi radość. Razem biegniemy do Ogrodzieńca, gdzie zaplanowaliśmy posiłek w miejscowej knajpie. Pomidorowa i piwo na pół daje mega kopa, po 20 min wybiegamy na dalszą część trasy, przed nami jeszcze 49 km. Kolejny etap to Morsko, podążając w jego kierunku ustalamy, że zupa była tak dobra i trafiona, że również tam zapodamy ją sobie. Niestety, nie ma pomidorowej, bierzemy barszcz biały i herbatkę z malinową nalewką (ja) - kiedyś pani w Bieszczadach powiedziała, że rozrzedza krew w płucach.
Marek wyciąga swoje magiczne tabletki, częstuje nas i mając w głowie te 38 km do mety lecimy do kolejnego etapu w Mirowie. Niestety, kilkaset metrów od baru Daniel przeskakując powalone drzewo źle staje, ucieka mu kostka i widzimy, że nie jest dobrze. Pokonuje dzielnie razem z nami 7 km i podejmuje najwłaściwszą decyzje o rezygnacji z dalszego biegu. Do Mirowa docieramy już w trójkę, nie robimy żadnej przerwy, ustalamy plan biegowy: 5 km biegu, 1 km marszu, ale Marek mając kontrolę nad zegarkiem przeciąga bieg, a skraca marsz. Już tylko lekko ponad 20 km do Olsztyna.

Biegniemy lasem, jest już ciemno, i w pewnym momencie przed nam chrumka i wyskakuje na drogę stado dzików - ciekaw jestem jaki mieliśmy czas na tym 200 m nawrocie. Bierzemy patyki w ręce i krzyczymy głośno truchtając w kierunku dzików.… Uff, uciekają. Wybiegamy na drogę na Zrębice, to już tylko niecałe 10 km. Zmęczenie mięśniowe daje już porządnie o sobie znać, ustalamy 500 m biegu i 500 marszu. Czeka nas jeszcze 2 km lasu po skręcie za stawami w Zrebicach. Mordy już się cieszą kiedy na busoli pojawia się magiczna liczba 1,7 km.

Razem z Piotrkiem przedrzeźniamy się z Markiem, że nie widać zamku ani łuny światła nad Olsztynem. Wybiegamy tuż za ruinami zamku, widać już rynek.Udało się coś, co wydawało się kilka miesięcy temu niemożliwe, staje się to faktem.

Widząc z kilkudziesięciu metrów witającą nas ekipę Rozbiegajmy Radomsko dostajemy takiego kopa radości! Po 17 godzinach i ponad 30 min wbiegamy na Rynek w Olsztynie pokonując 114,8 km. Cała trasę, mimo bólu i zmęczenia, dopisywał nam humor. Pokonywać taki dystans z takimi wariatami to przyjemność. Mam też nadzieję, że udało się pomoc FKN i zebrać jakaś fajną kwotę na leczenie dzieciaczków. Informacje te otrzymam jutro lub we wtorek, będę dzwonić" - pisze Mariusz.

"Mieliśmy wyjechać już po północy, ale pociąg spóźnił się delikatnie 120 minut. Wystartowaliśmy o piątej i już misterny plan szlag trafił. Pierwsza godzinka przebieżka przez Kraków, nic ciekawego poza gimbazą leczącą nocne rany przy Rynku. Potem osiedla deweloperskie, też smutno. Dalej już lepiej: Ojców, Pieskowa Skała. Pusto i świetnie. W Sułoszowej kawał dalej pierwsze zakupy na punkcie kontrolnym w sklepie i jazda pod górkę. Słonko aż do Ryczowa nam dowaliło niesamowicie. Tam też (chyba na 64 km) dołączył Piotrek z Danielem. Chłopaki zagadali co nieco, morale wzrosło. Parę kilometrów dalej w Podzamczu burza, obsuwka o jakieś 45 minut. Potem lecimy koło Okiennika do zamku w Morsku. Tam przy zbiegu Daniel skręca kochę, pod Kotowicami zostawiamy go na pastwę losu. ;) Potem zaczyna się dogorywanie, sił brakuje na jakieś normalne tempo, jeszcze jakieś dziki robią zadymę w lesie, że musimy spitalać. Setkę robimy w Czatachowej. I meldujemy się w nocy w Olsztynie." - Marek jest oszczędniejszy w słowach. Obu gratulujemy pomsyłu i realizacji.

(fot. Damian Wawrzyniak)