I wojna XXI wieku - 19 lat temu terroryści zaatakowali World Trade Center w Nowym Jorku

Dział: Aktualności
11/09/2020 - 09:10
11 września 2001 roku dwa samoloty uderzają w wieże WTC w Nowym Jorku. Ten bezprecedensowy atak zmienił świat, zmienił nas. Już nic nie było takie jak wcześniej. - Dla wielu komentatorów bandycki zamach terrorystyczny na symbole Ameryki oraz próba ataku na Biały Dom i prezydencki samolot US Force One, to początek I wojny XXI wieku - pisał ówczesny redaktor naczelny GR Jacek Łęski na pierszej stronie.

Kilka dni po tym zamachu terrorystycznym opublikowaliśmy w Gazecie relację radomszczanina, który od dawna mieszkał w USA: 

Specjalnie dla Gazety Radomszczańskiej z Manhattanu – Tomasz Łęski

To był piękny wrześniowy poranek w Nowym Jorku. Tego dnia całą rodziną wstawaliśmy trochę wcześniej, bo syn po raz pierwszy szedł do szkoły – na godz. 8.40. Zapowiadała się idealna pogoda. Było dość ciepło, choć nie za gorąco, i wspaniałe błękitne niebo bez jednej chmurki. Powietrze tak przejrzyste, że przechodząc przez Drugą Aleję, wydawało mi się, że niemal mogę dostrzec południowy koniec Manhattanu.

Zostawiliśmy Michałka pod opieką nauczycielki i wyszliśmy na ulicę 82., przy której mieści się szkoła. Była godzina za piętnaście dziewiąta. Wtedy pierwszy samolot uderzył w północny wieżowiec World Trade Center. Nic jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Szybkim krokiem dotarłem do Uniwersytetu Rockefellera, gdzie znajduje się moje laboratorium.

IMG 20200911 091821 copy 1024x768

Okładka GR po zamachu na WTC

Gdy tylko dotarłem do pracy, od razu wiedziałem, że coś się stało. Do moich kolegów dzwonili rodzice z Portugalii, dopytując się czy są bezpieczni, bo z telewizji dowiedzieli się o katastrofie na Manhattanie.

Płonąć miały wieżowce Światowego Centrum Handlu (World Trade Center, w skrócie WTC), najwyższe budynki w mieście. W pierwszej chwili byłem przekonany, że to zwykły pożar. Włączyłem radio, z którego popłynęła pogodna muzyka. Utwierdziłem się w przekonaniu, że nic złego się nie dzieje i zacząłem się zabierać do pracy. Wtedy zadzwonił telefon.

To była moja żona. Łamiącym się głosem powiedział mi, że zdarzyła się tragedia, dwa samoloty wbiły się w wieże WTC. „Pokazują to we wszystkich stacjach telewizyjnych, o Boże, tam musiały zginąć tysiące ludzi!” - mówiła. Wciąż nie mogłem w to uwierzyć, przełączyłem radio na inną stację, tym razem usłyszałem bezpośrednią relację z miejsca katastrofy i z przerażeniem zacząłem słuchać. Ktoś powiedział, że w sąsiednim budynku jest telewizor. Pobiegliśmy tam, żeby zobaczyć, co się naprawdę dzieje.

Ludzie spoglądający na wysoko zawieszony ekran telewizora byli przerażeni i z niedowierzaniem patrzyli, jak dwa ogromne budynki, będące dotąd symbolami potęgi tego miasta, płoną. Niektórzy mieli łzy w oczach. Przyglądaliśmy się ujęciom w zwolnionym tempie, jak ogromny samolot uderza w południowy wieżowiec. Nie, to nie kolejny katastroficzny thriller z Hollywood, to dzieje się naprawdę. Za chwilę osłupiali patrzyliśmy, jak obydwa kolosy, jeden po drugim, runęły na ziemię, grzebiąc pod sobą tysiąc ludzi.

Przerażenie nasze wzrosło, gdy dowiedzieliśmy się o kolejnych zamachach (Pentagon, Pensylwania) i o tym, że to wszystko to dzieło samobójców porywaczy, którzy wielkie pasażerskie samoloty zamienili w latające bomby.

„Co będzie następnym celem? - pytała Marie, nasza sekretarka. - Gran Central Station czy Centrum Rockeffellera?”. Poczuliśmy się oblężeni. Zamknięta została przestrzeń powietrzna nad USA, wszystkie mosty i tunele łączące Manhattan zresztą świata.

Na 17. piętrze jednego z budynków Uniwersytetu zorganizowana została akcja oddawania krwi dla potencjalnych ofiar tragedii. Biegnę i ustawiam się w długiej kolejce. Przez okno doskonale widać kłęby dymu nad dolnym Manhattanem. W międzyczasie próbowałem dodzwonić się do domu. Niestety, telefonu na uniwersytecie są przeciążone. W końcu dodzwaniam się z automatu na monety. Żona i syn są bezpieczni w naszym mieszkaniu na 81. ulicy, kilkanaście kilometrów od WTC. W tym czasie mieliśmy kilka telefonów od rodziny z Polski. Telefonawali zaniepokojeni rodzice z Międzyzdrojów i Radomska.

Przez okno Uniwersytetu, z naszego laboratorium, widać most Queensborough, łączący Manhattan z Queensem. Po raz pierwszy widziałem na nim setki przechodniów, którzy w pośpiechu opuszczali wyspę. W drugą stronę pędziły tylko karetki pogotowia, wozy strażackie i policyjne.

Poszedłem do domu. Mijałem opustoszałe ulice. Normalnie o tej porze dnia w tej części Manhattanu wrze jak w ulu. Wtedy większość sklepów i restauracji, które mijałem, była już zamknięta.

Resztę dnia spędziłem z rodziną, śledząc rozwój wypadków w telewizji. Stacje telewizyjne przestały emitować swój normalny program i wszystkie na żywo nadawały relacje z miejsca ataku terrorystycznego.

Wszyscy mówią, że po tym, co się stało we wtorek, świat nie będzie taki, jak do tej pory. Amerykanie, dumni ze swojej prężnej gospodarki i najpotężniejszej armii na świecie czuli się bezpieczni w swoim kraju. Można to odczuć na każdym kroku i przy każdej rozmowie.

Co z tego wyniknie? Nikt nie odpowie dziś na to pytanie. Miejmy nadzieję, że szok spowodowany tą tragedią scementuje silną koalicję przeciw terroryzmowi. Koalicję, która zada mu śmiertelne ciosy.

Boję się jednak trochę, że nieszczęście, które dotknęło Nowy Jork, może być wykorzystane przez kraje takie jak Rosja czy Izrael, które właśnie pod hasłami walki z terroryzmem, przy użyciu przemocy, realizują swoje cele polityczne.

Autor jest radomszczaninem. Obecnie pracuje na Uniwersytecie Rockeffellera na Manhattanie, 9 km od miejsca tragedii.