Materiał na rodziców. Opowieść o adopcji i czekaniu

Dział: Aktualności
20/10/2019 - 13:08

Ilu biologicznych rodziców pisało bajki dla swoich dzieci? Oni pisali. Ilu rodziców bada swoje lęki, robi przegląd dzieciństwa i swojej rodziny do drugiego pokolenia? Oni robili i badali. To będzie historia o czekaniu. Żeby w ich ziemskim raju pojawiło się dziecko. Nawet dwójka od razu. Nie urodzą, to wiedzą od dawna. Oni czekają na telefon z ośrodka adopcyjnego. I słowa: mamy dla was dziecko

Adam i Ewa. Takie nadajmy im imiona. Oboje mają nieco ponad 30 lat. Nieźle się już w tym swoim niezbyt długim życiu urządzili. Żyją obok was, w Radomsku.

Radzą sobie, na nikogo się nie oglądają, nie zazdroszczą, nie komentują, nikomu w prywatę nie zaglądają. Mówią, że każdy ma swoją. Oni też. Żyją. Cieszą się sobą. Po prostu.

Miałam sen

Ewa kilka dni temu miała sen. Śniło jej się, że odbiera ten telefon. I słyszy to, co tak bardzo z Adamem chcą usłyszeć. Że wsiadają w auto, jadą do większego miasta, wchodzą do ośrodka i wpadają w ramiona pedagog, którą znają od wielu miesięcy. Razem płaczą. Ze szczęścia.

Po przebudzeniu Ewa czuje, że to już niedługo. Musi być cierpliwa.

DZIECI FOTOLIA MALE

(Fot. Fotolia)

Wcześniej był inny telefon. - Słuchajcie, komisja orzekła, że możecie być rodzicami adopcyjnymi.

Adam i Ewa uczcili ten dzień. Czekali na niego bardzo długo. Była kolacja, było wzruszenie. Były też zakupy. Miał być jeden miś, taki symboliczny, a skończyło się na wielu zabawkach i całej masie książeczek dla dzieci.

Miś siedzi dumnie na półce w regale, gdzie będą ubrania dziecka lub dzieci. W ośrodku dawano im do zrozumienia, że być może od razu trafi do nich rodzeństwo. Niewielu rodziców adopcyjnych jest na to gotowych. Najchętniej adoptowane są niemowlęta. Im dziecko starsze tym mniejsze szanse, że znajdzie się dla niego dom. A już jeśli chodzi o rodzeństwa, jest najtrudniej. To wyzwanie. Oni nie patrząc na siebie powiedzieli psychologowi: jesteśmy na to gotowi.

I dziecięcy pokoik w ich domu też już jest gotowy. Meble na wymiar, na ścianie miejsce do malowania kredą, nawet zegar to chmurka, bo chmurki tu dominują. Jak to w raju.

Ostatnie spotkanie

Przed telefonem było ostatnie spotkanie. W ośrodku. Na zakończenie trzymiesięcznego kursu dla rodziców adopcyjnych. Inne niż wszystkie. Bo mogli na nie zabrać kogoś ze sobą. Kogoś, kto też myśli o adopcji, kogoś kto uważa, że to złe rozwiązanie, kogoś kto ma dzieci, ale jest zwyczajnie ciekawy. Albo kogoś, komu ufają i chcą mieć w takiej chwili blisko. Tego dnia po raz pierwszy mają spotkać ludzi, którzy adoptowali dzieci. I zadać im każde pytanie. Stres jest ogromny.

W niewielkiej sali siadają uczestnicy kursu. Kilka par. Adam i Ewa znają ich bardzo dobrze. Zżyli się z nimi. Jednych polubili bardziej, innych mniej, ktoś ich zwyczajnie swoim sposobem bycia drażni. Łączy ich jedno. Nie mogą mieć swoich dzieci. Przeszli całą drogę, która jest do przejścia, zanim podejmie się decyzję o adopcji.

Nie znają ludzi, którzy z nimi przyjechali. W głowie mnóstwo pytań do ludzi, którzy już są rodzicami, tylko jak je zadać w ich obecności? - Nie ma głupich pytań, każde jest mega ważne - tak mówiły panie psycholog i pedagog, które stały się im bardzo bliskie. Zresztą wszystkie relacje są tu bardzo bliskie. To nie dziwi, kiedy ma się świadomość przez co trzeba przejść, żeby dotrwać do tego spotkania.

- Młody jest taki, młoda robi to, a w ogóle to jak są razem, to zachowują się ok, ale jak młody jest sam, to potrafi przycwaniakować - ojciec adopcyjny z wieloletnim stażem opowiada dowcipnie. Z każdego wypowiedzianego przez niego zdania bije ogromna duma. Jego żona też ma wiele do powiedzenia. Adoptowali rodzeństwo i bardzo się cieszą, że dzieci nie zostały rozdzielone. Choć problemów wychowawczych nie brakuje.

Drugie, młodsze małżeństwo, mówi mniej. Adoptowali niemowlę. Z córeczką czas spędzali odkąd tylko było to możliwe. Codziennie po pracy wsiadali w samochód i po kilku godzinach byli w szpitalu. Wieczorem do domu, rano do pracy, a po południu znów w drogę.

Tego wieczora Adam i Ewa zastanawiają się, czy komisja uzna, że się nadają. Ludzie, z którymi przyjechali, nie mają żadnych wątpliwości.

Zły glina, dobry glina

Według nowego programu kurs adopcyjny trwa kwartał. Czas zależy od ośrodka. Tam, gdzie brakuje pracowników, dłużej. Jeździli raz w tygodniu. Musieli zdążyć na 16. Kończyli o 22, czasem o 21, bardzo rzadko o 20. Rozmowy z psychologiem i pedagogiem. Sesje, podczas których mówiono o wszystkim. Co, kiedy, dlaczego może się wydarzyć? Dlaczego tak, a nie inaczej? Jakie były przyczyny, a jakie będą konsekwencje? Dlaczego mówicie, że zareagujecie właśnie tak? To są trudne dzieci. Po przejściach. Z niezaleczoną traumą. Jesteście jak saperzy na polu minowym. Jeden błąd i już was nie ma. Więzi tworzy się miesiącami, czasami latami, a wystarczy sekunda, żeby wszystko zepsuć. Nie oczekujcie, że będzie łatwo. Nie będzie. Słyszą z jednej strony.

Spokojnie, każdy ma prawo popełnić błąd. Wszyscy je popełniamy. Ważne, żeby właściwie zareagować. I nie powtarzać błędów. Dacie radę. To dzieci. Jeśli będziecie rozumieć pewne mechanizmy i zachowania, a przecież widać, że macie to wyczucie, empatię, to wybrniecie. Będziecie świetnymi rodzicami - z drugiej.

- Teraz sobie uświadomiłam, że one były jak zły i dobry glina - Ewa wydaje się być zaskoczona tym odkryciem. - Człowiek tak skupiał się nad tym, żeby się udało, tak mocno pracował, tak niesamowicie starał, że mi to umknęło.

Adam potakuje. - Masz rację. A mnie się wydawało, że (tu pada imię jednej z pracownic ośrodka) cię nie lubi i musi ci pokazać, że się mylisz i tylko ona wie, co trzeba zrobić - Ewa przynosi z drugiego pokoju tekturową teczkę z materiałami z kursu. - Za to (pada inne imię) była zawsze wyrozumiała. A może je się tak dobiera, w pary, żeby dowiedzieć się o ludziach, którzy starają się o adopcję, wszystkiego. Nie można niczego ukryć.

Każde zajęcia to stos papierów. Testy do wypełnienia, pytania opisowe, na które trzeba szczerze odpowiedzieć. Do bólu szczerze. Obnażyć się jak na kozetce u psychoterapeuty. Tylko nie w intymnej atmosferze, ale wśród ludzi, którzy tego słuchają. I mogą oceniać. Trudno. Jeśli powiedziało się A, trzeba w to iść. Mamy jasny cel i jesteśmy na to gotowi. Adam jest twardy. O uczuciach nie rozmawia. Emocje wyładuje rąbiąc drewno. Pomaga mu to. Ewa będzie bardzo przeżywać. Będą łzy i momenty załamania. A nawet złamania i poskładania wszystkiego na nowo. Adam i Ewa pozwolili, żeby ktoś prześwietlił ich na wylot, żeby pokazał im ich najciemniejsze strony. Rzucił na stół całą prawdę. Wszystko po to, żeby znaleźć odpowiedź na pytanie: czy zasługują na dziecko. Bo ośrodek nie szuka dzieci przyszłym rodzicom. Oni szukają dzieciom odpowiednich rodziców. Odpowiedzialność leży po obu stronach. Ogromna. Wszyscy zdają sobie z tego sprawę.

I żeby tę odpowiedzialność udźwignąć, Adam i Ewa godzą się na grzebanie w życiorysach. Na emocjonalną wiwisekcję. Na pisanie prac domowych. Ilu biologicznych rodziców pisało bajki dla swoich dzieci? Oni pisali. Ilu rodziców bada swoje lęki, robi przegląd dzieciństwa i swojej rodziny do drugiego pokolenia? Oni robili i badali. To, co znaleźli, nie zawsze im się podobało. Teraz mogą o sobie mówić: jesteśmy gotowi.

To nie takie oczywiste

Czy gdyby wiedzieli co ich czeka, odebraliby telefon? Ten z informacją, że zostali zakwalifikowani do kursu? Adam i Ewa nie muszą na siebie patrzeć. Tak. I bardzo bali się tej decyzji. Dzwonili w kilka miejsc. W jednym usłyszeli, że za krótko są małżeństwem. Trzeba być pięć lat po ślubie. Nieważne, że znają się chyba od średniowiecza. I wiedzą o sobie wszystko. Skoczyliby za sobą w ogień.
W innym ośrodku nikt nie robi z tego problemu. Świetnie, że państwo chcą. A w ogóle to zapraszamy na rozmowę, wszystko wyjaśnimy i pomożemy. Bo trzeba jednak trzymać się przepisów. A te mówią, że jeśli nie jest się 5 lat małżeństwem, najpierw trzeba spróbować praktycznie wszystkich metod leczenia. I dopiero kiedy jest stuprocentowa pewność, że kobieta nie może zajść w ciążę, albo mężczyzna jest bezpłodny, można myśleć o adopcji. I przynieść swoje CV i opinię z pracy.

DZIECKO FOTOLIA NOWORODEK

(Fot. Fotolia)

Trudno uwierzyć? A jednak. Adam i Ewa zaczynają zbierać papierki. Zajmuje to prawie cały miesiąc. Kiedy już mają swoją teczkę w ośrodku, zaczynają się spotkania. Raz w miesiącu jadą do większego miasta. Najpierw do gabinetu wchodzi Ewa. Adam czeka godzinę, dwie, trzy na krzesełku w korytarzu. Czyta książkę. Raz przysypia. Książka z hukiem upada na podłogę. Ewa i pani psycholog dosłownie wyskakują na korytarz: co się stało?!

Potem zmiana. Ewa czeka i po raz kolejny analizuje to co się właśnie wydarzyło. Czy udzieliła dobrych odpowiedzi? Jak zostanie oceniona? A może tego nie należało mówić? Jeszcze nas przez to do kursu nie dopuszczą. Martwi się.

W drodze do domu opowiadają sobie wzajemnie co wydarzyło się w gabinecie. Wymieniają uwagami, spostrzeżeniami. Analizują. Głowy chcą im pęknąć. Będą pękać jeszcze wiele miesięcy.

- Bo to nie takie oczywiste, że zostanie się zakwalifikowanym - Ewa przypomina sobie wizytę pań z ośrodka. - Od początku były jak ten zły i dobry glina, a my tego w ogóle nie widzieliśmy - śmieje się do Adama.

Jedna pani bardzo wnikliwie oglądała dom, była skupiona na tym jak będzie wyglądał pokój dla dziecka. Miała mnóstwo pytań. Druga rozluźniona i zafascynowana domowym kotem. Rzucała mu zabawkę i miała wielką frajdę. Wciąż uśmiechnięta.

- Pokerowe twarze - Adam kończy skręcać puf, który stoi w gotowym już dzisiaj pokoju dla dziecka/dzieci. - Pracownicy ośrodka nigdy nie dali po sobie poznać, jakie mają o nas zdanie, jaką opinię nam wystawią. I jak będą głosować na posiedzeniach komisji w naszej sprawie. Robili swoje. To nie znaczy, że byli niemili czy nieuprzejmi. Przeciwnie. Jeśli jednak ktoś umiałby czytać z wyrazu twarzy, tym razem nie przeczytałby ani jednej literki.

- To trudne, bo naturalne jest, że człowiek chciałby wiedzieć jak wypadł, jakie są jego szanse. Czy musi się przygotować na rozczarowanie, bo usłyszy: jeszcze nie teraz, niech państwo to przegadają, zastanowią i wrócą za jakiś czas. Albo może trochę cieszyć, bo ktoś puszcza oczko i mówi: jest ok, proszę się nie martwić - Ewa wiesza ozdoby na żyrandolu. Jest perfekcjonistką. Wszystko musi być dopieszczone. Ona wymyśla, potem siadają z Adamem i ustalają jak można to zrobić. Na koniec Adam robi to co ustalili. Doskonały podział ról i harmonia w małżeństwie. - Nie no, czasem bywa źle, ale fakt, nie kłócimy się. Siadamy i rozmawiamy - Ewa zdaje sobie sprawę, że trudno w to uwierzyć.

A kiedy dzidziuś?

Było leczenie. Była opcja in vitro. Były badania. Były nadzieje i okazywały się, że to, potem tamto i jeszcze coś innego nie działa. Decyzja o adopcji dojrzewała. Powoli.

Tymczasem z każdej strony coraz częściej padały pytania. Niby kurtuazyjne, niby jako zagajenie rozmowy: a długo są państwo małżeństwem? A kiedy dzidziuś? Nie myślą państwo o dziecku?
Ewa odpowiada zdawkowo. Przecież nie będzie teraz tłumaczyć obcym ludziom, dlaczego jest jak jest.

Czasem pytania bywają grubszego kalibru: a to nie chcą państwo, czy nie mogą? Jeśli pani nie chce, to proszę nie odpowiadać oczywiście…

Z obcymi Ewa sobie radzi. Uprzejmie, ale stanowczo. Tego typu rozmowy z rodziną mogą się skończyć awanturą, czasem obrazą na wieki.

Z czasem Adam i Ewa uodparniają się. I przestają myśleć o sobie, jako o kimś gorszym. Potrafią mówić o swoim problemie coraz śmielej. Kiedy słyszą, że adoptowanie obcego dziecka jest jakieś dziwne. Że nie wiadomo co za człowiek z niego wyrośnie. Może pijak? A może jeszcze gorzej, morderca?! I któregoś dnia wstanie rano, weźmie nóż i ich zadźga w ich własnym łóżku! O tam, tamci adoptowali i tak się właśnie stało! Nie róbcie tego! To są dzieci z patologicznych rodzin.

- Kompletna ignorancja, ale staraliśmy się takie osoby zrozumieć. Przecież my też nic o adopcji nie wiedzieliśmy. A potem okazało się, że ta osoba, która była taka przeciwna, w swoim sąsiedztwie ma młodych sąsiadów. I dowiaduje się, ta śliczna córeczka, taka podobna do swojej mamusi, rozkoszna w tym swoim wózeczku, jest adoptowana. Jak to? I taka podobna? Wtedy w głowach takich ludzi otwierają się kolejne drzwi. I bardzo dobrze. O to chodzi - Adam i Ewa od dawna nie kryją się ze swoją decyzją. - Oczywiście nie chodzimy też po ludziach i nie oznajmiamy im, że dostaliśmy się na kurs, daliśmy sobie przewrócić życie do góry nogami, i okazaliśmy się materiałem na rodziców. To prawda, jesteśmy przygotowani wszechstronnie. Nawet bardzo. Co nie znaczy, że będziemy lepsi. Albo gorsi. Będziemy tacy jak oni.

Janusz Kucharski