18 Nov
  • REKLAMA

 Kobitka

Bez dążenia do doskonałości nie dokonałby się żaden artystyczny przełom. W głowie zawsze mam idealny obraz tego, co chcę namalować. Dlaczego nie ma mnie w radomszczańskim światku artystycznym? Sama się z niego świadomie wycofałam - o Francji, Francuzach i swoich artystycznych pasjach opowiada Gazecie Małgorzata Wegner, radomszczanka, której obraz do końca lipca można oglądać w jednej z paryskich galerii. O tym międzynarodowym sukcesie pisaliśmy przed dwoma tygodniami

GAZETA RADOMSZCZAŃSKA: Paryż zachwyca?
Małgorzata Wegner: - Oczywiście…
Więc opowiadaj. Czym zachwyca?
- Wszystkim. Pierwszy raz byłam w Paryżu 15 lat temu. I muszę się przyznać: tym razem trochę bałam się tam jechać. Zwłaszcza po tym wszystkim co pokazuje część mediów, i choć znaleźć się tam po raz kolejny było moim marzeniem, to pewnie gdyby nie wystawa, nie zdecydowałabym się. Poprzednim razem oczywiście nie zdążyłam wszystkiego zobaczyć, a wiesz ja nie lubię jeździć na wycieczki, więc czekałam kiedy trafi się okazja, aby wybrać się samemu. Lubię jeździć sama, mam wtedy czas, aby pokontemplować na spokojnie to co widzę. Wystawa była więc też świetnym pretekstem, żeby mimo obaw, się tam wybrać. I oczywiście Paryż, po raz kolejny mnie zachwycił. Choć często mówi się o tzw. syndromie paryskim.
Nie spotkałem się z takim określeniem. Na czym ten syndrom polega?
- Podobno są takie osoby, które jadą z takim ogromnym nastawieniem, takimi wielkimi oczekiwaniami, że wracają na koniec mocno rozczarowane, bo często w znanych miejscach nie jest wcale tak, jak pokazują filmy. Przede wszystkim tam, gdzie zazwyczaj wozi się turystów z wycieczką, są całe tłumy ludzi i nie zawsze można nacieszyć się danym miejscem w spokoju. Może stąd później biorą się te rozczarowania. Mimo wszystko nie rozumiem tego, bo przecież w tym mieście jest faktycznie to, z czego Paryż słynie. Coś cię tam zdziwiło, zaskoczyło, coś się zmieniło?
- Po raz kolejny zauważyłam, że Francuzi bardzo lubią ludzi. Polacy niestety często wręcz przeciwnie. Takie negatywne doświadczenia miewam często z podróży po Polsce, z hoteli, muzeów, restauracji. W kwestii nastawienia i podejścia do turysty to nam jeszcze do Francji daleko. I pewnie Francuzi z tego powodu płacą też teraz za to cenę. Przez ten swój szacunek i otwartość na innych, to że dla wszystkich są mili, życzliwi. Mam na myśli tych rodowitych, mieszkających z dziada pradziada we Francji, kultywujących i szanujących tradycje i wartości swojego kraju. Są zawsze uśmiechnięci, chętni aby pomóc, nie ma problemu u nich z niczym i dogadasz się z nimi zawsze jakoś, nawet jeśli nie znają angielskiego. Któregoś razu całkiem przypadkowo trafiłyśmy na kultową ulicę Rue Mouffetard. Okazało się, że ta ulica jest niedaleko naszego hotelu. To najstarsza ulica Paryża. Jej historia sięga czasów rzymskich, nie zmieniona przez wieki, nawet mimo zmian dokonanych przez Haussmanna. Na tej ulicy m.in. śpiewała Edith Piaf, Hugo szukał inspiracji do „Nędzników”, pomieszkiwał Hemingway, a Kieślowski nakręcił sceny do „Niebieskiego”. Szukałyśmy typowej kuchni francuskiej i taka mała rodzinna restauracyjka bardzo nam przypadła do gustu, może ze względu na właściciela, który doglądał, kręcąc się pomiędzy maleńkimi stoliczkami wystawionymi na ulicę, co jakiś czas, czy u gości wszystko w porządku. Wyglądał do tego cudnie, jak taki pulchniutki i rumiany kucharz z bajki, brakowało mu tylko czapki z białą chmurką.

 

Czytaj w najnowszym wydaniu Gazety Radomszczańskiej. Od czwartku w punktach sprzedaży i na radomszczanska.pl

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież