20 Sep

 policja

Mariusz G. został uznany winnym śmiertelnego potrącenia rowerzysty. Do tego wypadku doszło pięć lat temu. Rodzina Mariusza Pakuły, który tamtego feralnego wieczora wracał z pracy do domu,  czeka na sprawiedliwość. Oni od początku uważają, że to ukrywający się przez prawie półtora roku mieszkaniec Kamieńska prowadził po pijanemu, mimo że wcześniej stracił prawo jazdy. - Sześć lat to za mało - mówi ojciec, Włodzimierz Pakuła

Marzec 2012 roku, godz. ok. 22. Mariusz Pakuła wraca z pracy do Kamieńska. Na rowerze. Zostało mu niewiele drogi. W okolicy Fryszerki zostaje potrącony. Nie udaje się go uratować. Mieszkaniec Kamieńska miał 40 lat. Osierocił dwoje dzieci.
Są świadkowie tego zdarzenia. Kierowcy samochodów, które jadą za autem należącym do innego kamieńszczanina, Mariusza G., które uderzyło w rowerzystę. Kobieta, która jechała jako pierwsza, zezna potem, że zobaczyła jak rowerzysta dosłownie wylatuje w powietrze i wpada do rowu. A dostawcze auto nie zwalnia nawet na sekundę, tylko dalej jedzie w kierunku Kamieńska. Za tym autem pojechał inny świadek, ale w pewnym momencie zawrócił i pojechał na miejsce wypadku, żeby udzielać pomocy.
Dość szybko policjanci znajdują samochód dostawczy. Jest zaparkowany ulicę od domu Mariusza G. Szoferka jest zamknięta. Właściciela auta nie ma w domu. Uda się go zatrzymać prawie półtora roku później, tuż przed jego wyjazdem za granicę. Mężczyzna zdobył sfałszowane dokumenty, którymi zamierzał się posługiwać. To był ostatni moment, Mariusz G. następnego dnia byłby już za granicą.
Od początku był to proces poszlakowy. Jednym z dowodów przedstawianych przez prokuraturę były ślady zapachowe zebrane przez policyjnych techników kryminalistyki, które miały potwierdzać, że to Mariusz G. siedział wtedy za kierownicą. Kolejne ekspertyzy, kolejne opinie, wykluczające się wzajemnie. Nie udaje się jednoznacznie wskazać, czy Mariusz G. prowadził tamtego wieczoru ten samochód.
W trakcie procesu Mariusz G. przebywał w areszcie, gdzie współwięźniom miał chwalić się, że to on jest sprawcą. Ich zeznaniom sąd nie dał wiary. Mariusz G. nie chciał odpowiadać na pytania, dlaczego się ukrywał i zamierzał wyjechać. Od razu winą obarczył innego mężczyznę, którego nie można było przesłuchać, ponieważ ten pół roku po wypadku popełnił samobójstwo. Po długim procesie sąd nie znalazł dowodów na jego winę. Mariusz G. wyszedł z aresztu.

 

Czytaj w najnowszym wydaniu Gazety Radomszczańskiej. Od czwartku w punktach sprzedaży i na radomszczanska.pl

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież