21 Jul

 Benigier

Zapytał mnie pan, co tu się zmieniło. Jeśli chodzi o sport - wszystko. W Radomsku nie ma sportu. Wszyscy się tylko czarują, a ja mówię prawdę.
Gazeta rozmawia z Janem Benigierem, pochodzącym z Radomska byłym piłkarzem reprezentacji Polski

GAZETA RADOMSZCZAŃSKA: Siedzimy przy jednej z szachownic na placu 3 Maja. W rozmowie telefonicznej, kiedy się umawialiśmy na to spotkanie, wspomniał pan o pomniku żołnierzy radzieckich, którego chyba dzisiaj już nikt nie pamięta…
JAN BENIGIER: - Bo ja się tu urodziłem. O, w tamtym bloku. Armii Czerwonej 3. Taki był wtedy adres. Kiedy stąd wyjeżdżałem, do wojska, miałem niecałe 20 lat. Tu się wychowałem, tu się bawiłem w Krzyżaków. Za tym pomnikiem właśnie. Tu chyba gdzieś stał, prawda? Oczywiście ze swoim nazwiskiem byłem Krzyżakiem. A zza tego pomnika to myśmy straszyli. Ludzie przychodzili, były jakieś wieńce zawsze podczas uroczystości. Myśmy zresztą na tych żołnierzy wchodzili, siedziałem na ich plecach. Czasem przychodził „Garsija”, tak ludzie mówili na dzielnicowego, i mówił: Benigier, ty łotrze! Do ojca zaraz pójdę! A tam z boku, widzi pan tę zieloną ławkę? To była ławka z napisem: dla bezrobotnych. To my zrobiliśmy ten napis. A ja byłem najmłodszy. To był nasz park i nasz plac zabaw. Takie mieliśmy zabawy…
W zabawie w Krzyżaków pewnie pan ginął?
- Nie. Zawsze wygrywaliśmy, ja z bratem. To było niesamowite, piękne dzieciństwo. Jeśli ktoś miał takie dzieciństwo, to na pewno do niego wraca. Wychodziło się wcześnie rano, a wracało po zmierzchu. Mama krzyczała na mnie: Januszek, Januszek! A ja wyskakiwałem skądś cały brudny i umorusany.
A dzisiaj trudno dzieci wygonić na dwór.
- A ja tu miałem swoich sparingpartnerów.
To boks też pan uprawiał?
- Nie, do piłki nożnej sparinpartnerów.
A gdzie tu można było grać w piłkę?
- Na Fabianiego. Na ulicy. Jak się przeszło przez naszą posesję, to z drugiej strony wychodziło się na Fabianiego. Tam był budynek pana Chłapowskiego i szpital. A wjazd do szpitala był z drugiej strony. Tam na ulicy nikogo nie było. To myśmy z jednej strony kładli dwie cegły, z drugiej dwie cegły, i hurrra, graliśmy, aż się ściemniło. I dlatego nauczyłem się tak dryblować, bo zawsze grałem w niedowadze. To znaczy ich było więcej, w przeciwnej drużynie, ale zawsze wygrywałem. Jak poszedłem do szkoły i nauczyciel na WF-ie powiedział, robimy dwa zespoły, Jurek, Marek, wy wybieracie, to za pierwszym razem mnie nie wybrali. I potem też jakiś czas nie wybierali. Bo byłem mizerny. A za dwa miesiące, jak nauczyciel powiedział, że gramy, to na wyścigi krzyczeli: Benigier! Każdy chciał mnie mieć w drużynie. Miałem chyba trochę tego talentu.
Co jeszcze pamięta pan z dzieciństwa?
- Kawiarnię Stylowa. Tam wstydziłem się wejść, bo nie byłem wystarczająco elegancko ubrany. A tutaj, po schodach, był sklep, gdzie kupowaliśmy śledzie, to znaczy mleczaki. Pani z beczki wyciągała. A potem, jak już grałem w piłkę, to musiałem kupować wina J23. Bo miałem tu pełno kolegów na tej ławce. Przyjeżdżałem autem, stawałem przed wejściem, szedłem i kupowałem skrzynkę. Całą. Bo mówili, że bogaty jestem, to mogę fundować. A ja nie przeczyłem. Bo ja z Radomska wyjeżdżałem nie po to, żeby robić karierę w piłce. Najbardziej chciałem jeździć na żużlu.

 

Czytaj w najnowszym wydaniu Gazety Radomszczańskiej. Od czwartku w punktach sprzedaży i na radomszczanska.pl

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież