21 Jul

 Pis Kucharski

Co musiałoby się stać, żeby PiS u nas wygrał?
- Musiałby być jeden silny ośrodek decyzyjny.
Teraz jest ośrodek poseł Anny Milczanowskiej, Wspólny Samorząd, złożony z ludzi kiedyś związanych z PiS… Kto jeszcze?
- Tak zwany stary PiS, czyli ludzie wywodzący się z dawnego Porozumienia Centrum. Między innymi siebie do nich zaliczam.
Te trzy ośrodki są w stanie się dogadać?
- Są. Potrzebna jest tylko wola. Ale szczera, nie polegająca na tym, że będziemy uprawiać politykierstwo, myśleć o stanowiskach, apanażach, zamiast o dobru ogólnym.
Zaraz, jest pan w polityce 26 lat, wciąż jest przekonany, że to możliwe?
- Jestem niepoprawnym optymistą.
Gazeta rozmawia z Andrzejem Kucharskim, radnym miejskim z PiS

 

GAZETA RADOMSZCZAŃSKA: Czy Radomsko to miasto konserwatywne?
ANDRZEJ KUCHARSKI: - Oj, chciałbym, żeby takie było, ale raczej nie.
Tak się o nim mówi.
- Mówi, ale chyba z racji naszej chwalebnej historii. Niemcy nazwali Radomsko banditenstadt, czyli miasto oporu. Byliśmy silnym ośrodkiem podziemia niepodległościowego.
Jeśli nie konserwatywne to jakie? Kiedyś o Radomsku mówiło się, że to czerwone miasto, co pewnie miało związek z błyskawicznym uprzemysłowieniem lat 70 i 80.
- To może być jedna z odpowiedzi, ale myślę, że ono stało się czerwone w wyniku ogromnych prześladowań, jakie spadły na Narodowe Siły Zbrojne i Konspiracyjne Wojsko Polskie po zakończeniu drugiej wojny światowej. Element patriotyczny i narodowy został skutecznie zlikwidowany przez komunistów, a ci zajęli wakujące miejsca.
Pan mieszka w Radomsku od 1991 roku. Jak pan wspomina tamto miasto? Patrzył pan na nie oczami z zewnątrz.
- Może dlatego, że byłem młody i bardziej zaangażowany emocjonalnie, wiele rzeczy mi się nie podobało. Pisałem o tym w tekstach publikowanych w Gazecie Radomszczańskiej. Odbierałem Radomsko jako miasto lewicowe. Przyjechałem tutaj jako radny wojewódzki, z innej gminy, ale miałem pewne rozeznanie, co tutaj się dzieje. Obserwowałem jak pada przemysł. Mostostal miał ogromny potencjał, a upadł jako jedyny taki zakład w kraju. Został wydrenowany przez związkowców i nie miał w nikim oparcia. To jest bolesne, bo to byli ludzie Solidarności, którzy uważali, że nastał czas robienia dobrze sobie, a nie społeczeństwu. Popełniono też wiele błędów w prywatyzacji dawnej Komuny Paryskiej. Fameg się zachwiał, bo też nie było woli i determinacji, żeby przetrwał.
Po 26 latach zmienił pan perspektywę? Ocenę?
- Widzę jedno - miasto nie wykorzystało swojej szansy.
Dlaczego?
- Nie było koncepcji rozwoju, zabrakło determinacji i dalekowzrocznej wizji.
Każdej władzy zabrakło? Przez 26 lat?
- Raczej tak. Pojawił się jeden dobry pomysł, z perspektywy czasu bardzo mądry, żeby utworzyć strefę ekonomiczną. Działa, ale ten pomysł nie został wykorzystany do końca. Mamy dobre położenie, a jednak nie udało się nam ściągnąć inwestorów, którzy utworzyliby tu lepsze miejsca pracy.
Wielkich inwestorów jest w stanie ściągnąć rząd, nie samorząd. To się nigdy nie odbywa na tym szczeblu.
- Może zabrakło umiejętności przebicia się do tych, którzy decydują.
Przecież rządziły różne opcje. Żadna władza nie miała tej umiejętności?
- Gdy rządził prezydent Jerzy Słowiński, związany z opcją lewicową, można było pozyskiwać środki na rozwój. My się na to zamknęliśmy. Co prawda udało się stworzyć strefę, ale poza tym nic. Inne miasta rozwinęły się, powstały inwestycje, wykorzystano programy, a my zastanawialiśmy się tylko nad tym, czy sprzedać elektrociepłownię. Brakło nam woli odbudowania przemysłu.

 

Więcej czytaj w najnowszym wydaniu Gazety Radomszczańskiej

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież