25 Jun

 Ania

Dzień po dniu, krok po kroku, jest coraz lepiej. Pani Ania i jej syn Mateusz już nie marzną. Mają też bieżącą wodę. I plany dalszych remontów. Czekają, aż poprawi się pogoda. Pomoc bardzo się przydała

Minęło kilka tygodni od wizyty Zbigniewa Stonogi u radomszczanki Anny Dziadkiewicz, która wywołała falę pomocy (ale przy okazji także falę internetowego hejtu). Gazeta wraca sprawdzić, jak żyje się jej i jej sześcioletniemu synowi.
Kiedy byliśmy tam pierwszy raz, w pomieszczeniu było zimno. Tak bardzo, że woda w rurach zamarzła. Pani Ania i Mateusz mieszkali w kuchni ogrzewanej małym piecykiem. W pokoju, gdzie pod oknem brakowało grzejnika, mróz na szybach malował wzory i szklił się na ścianach.
Teraz pod oknami znów są grzejniki. Z kuchni zniknął mały piecyk, a w kotłowni pojawił się nowy piec. W domu jest już centralne ogrzewanie. I to czuć od progu.
W łazience nowe rury i ciepła woda w kranie. Można się myć, można prać, można żyć. Jak ludzie. W pokoju wstawione okna i wciąż pełno darów od ludzi z całej Polski. Podzielili się, czym mieli. Teraz pani Ania dzieli się z innymi.
- Otrzymałam ogromną pomoc - mówi. - Tego jest tak dużo, że w pokoju nie było miejsca, składałam to wszystko na strychu. I cały czas oddawałam to, czego byśmy nie wykorzystali, innym potrzebującym w mieście. A jest ich naprawdę wielu. Ta okazana dobroć wielu obcych nam przecież ludzi zdziała wiele i dla innych - przekonuje i pokazuje paczki przygotowane do zawiezienia innym. Jeszcze raz mówi o swojej wdzięczności. Przeprasza za bałagan, ale po najbardziej potrzebnych remontach wiele jeszcze trzeba zrobić, posprzątać. - Cały czas pracuję, więc nie mogę ogarnąć wszystkiego od razu, ale już jest bliżej niż dalej.

 

Czytaj w najnowszym numerze Gazety Radomszczańskiej. Wydanie dostępne w punkach sprzedaży, e-wydanie na radomszczanska.pl

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież